Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

piątek, 14 sierpnia 2015

I

A/N: To tak. Witajcie ponownie! Muszę coś powiedzieć: powróciłam! Ciężkie czasy minęły, strzelił mnie Wen, mam nadzieję, że macie do mnie cierpliwość, bo oto powstało coś już kompletnie w moim stylu. Będzie szał! Oto próby rozśmieszenia Czytelników, wciągnięcia ich w historię brawurowych bohaterek inspirowanych Amelią Earhart… Co? A, tak. Oczywiście, że będzie Snape! Mam nadzieję, że zapięliście pasy, może trochę trząść ;)


Tom pierwszy: Serpentis non sponte volant

Część I

1993, Holyhead w hrabstwie Anglesey

Lukrecja Birkie potrząsnęła grzywą niesfornych loków i wydała z siebie kilka dziwnych dźwięków na rozbudzenie. Rozprostowała palce i spojrzała za okno swojego małego pokoju na poddaszu. Do licha! Nad zatoką wstawało słońce, a ona musiała oddać artykuł do… Spojrzała na stojący w rogu pokoju stary zegar prababci Gemmy i zaklęła pod nosem. Do stu galopujących centaurów, artykuł miał być gotowy za dwie godziny! Zerknąwszy z utęsknieniem na swój ulubiony, wyszczerbiony żółty kubek z logiem Armat z Chudley uznała, że na zaparzanie świeżej kawy zwyczajnie nie ma już czasu. No nic, trzeba znaleźć inspirację i to szybko!
Kiedy Lukrecja wparowała do redakcji, o mały włos nie znokautowała w drzwiach Amandy z korekty. 
– Przepraszam! – rzuciła przez ramię i bez pukania wpadła do gabinetu naczelnego, który właśnie ochrzaniał, kolejnego w tym tygodniu, znerwicowanego asystenta:
–  … i na wszechmocnego Merlina, jeśli jeszcze raz zobaczę, że sadzisz takie byki, możesz się pożegnać z karierą! Czy wyrażam się jasno?!
– Tak, panie Sharp. – Wysoki chłopak o szczurowatej twarzy spuścił głowę, wyglądając komicznie w całej scenie okazywania skruchy, gdyż pulchny naczelny był od niego co najmniej dwadzieścia centymetrów niższy.
– No, ja myślę, Perry! W końcu masz dyplom z anglistyki, spodziewam się, że chyba znasz język własnych przodków! A teraz wynocha!
Perry wyszedł pospiesznie z gabinetu, a Kastor Sharp opadł na wysłużone krzesło za biurkiem, wzdychając ciężko. Miał to w zwyczaju, jak zauważyła dawno Lukrecja. Naczelny często zachowywał się jakby na jego barkach spoczywał ciężar tego świata, a przecież prowadził tylko lokalną gazetę, myślałby kto, że jest jakimś Barnabaszem Cuffe z „Proroka Codziennego“.
– Co tam dla mnie masz? – Kastor potarł zaczerwienioną twarz i wyciągnął rękę w stronę Lukrecji, która wcisnęła mu zaraz artykuł. – Na stare kości Salazara, ale dziś gorąco!
Lukrecja przysiadła na brzegu biurka i zajrzała mu przez ramię, częstując się jednym z cukrowych piór, które naczelny trzymał w słoiku po kawie. Sharp czytał chwilę jej artykuł o szmuglowaniu drogą morską piór feniksa, kiwając co jakiś czas głową.
– Dobra! – zakrzyknął w końcu. Wyciągnął z kieszeni sporą chustkę w kratkę i przetarł swoje prostokątne okulary, a potem twarz. – Dobra jest, dziewczyno! Ty to masz dryg, Birkie! Powiedz no, jak ci się widzi napisanie czegoś większego, hm?
– Większego? – Lukrecja zebrała rude loki na czubku głowy i wyciągnęła z torby pióro i notes. – Dawaj! Co znalazłeś?
Sharp uśmiechnął się z dużą dawką samozadowolenia i rozsiadł wygodniej, kręcąc to w lewo to w prawo na skrzypiącym krześle obrotowym, które z pewnością widziało lepsze czasy – jego cały prawy podłokietnik był pokryty dziurami po papierosach.
– Widziałem, ile węszyłaś w tej sprawie z pozwem Gwenog Jones – zauważył. – Aż ci z uszu dymiło z ciekawości, nie wykręcaj się – dodał, kiedy chciała zaprzeczyć. – Muszę przyznać, że Quincy zrobił kawał dobrej roboty z tą aferą, ale teraz jest zajęty i pomyślałem o tobie.
Jeśli było coś, co Lukrecja kochała bezgranicznie, był to quidditch. Doskonale pamiętała ten wywiad z kapitanem Harpii. To był ich najlepiej się sprzedający numer od czterech lat. Niepokorna Gwenog Jones po raz kolejny prawie wyleciała z drużyny po tym, jak zafundowała im kolejny skandal i po meczu miotnęła jakąś klątwą w sędziego. Departament Magicznych Gier i Sportów już i tak był na nią cięty, ale nie zwolnili jej tylko dlatego, że dziewczyny całkiem niedawno straciły swoją najlepszą szukającą. Utrata kapitana w tym samym roku w ogóle zaprzepaściłaby ich szanse w rozgrywkach.
Lukrecja nie mogła zaprzeczyć, quidditch był jej pasją odkąd ojciec po raz pierwszy dał jej się przelecieć na swojej starej Zmiataczce. 
– Nie dręcz mnie, Sharp, co tam masz? Coś o Blacku? – Zeskoczyła z biurka i wrzuciła resztkę cukrowego pióra do przepełnionego kosza na papiery. To byłoby zbyt piękne, gdyby faktycznie dostała coś o sporcie. Wszystko dostawał Quincy i tak było od zawsze.
– O Blacku, o Blacku! – żachnął się naczelny i machnął ręką, nadal wyjątkowo zadowolony ze swojego niusa. – Wszyscy tylko piszą o Blacku, a ja tu mam dla ciebie cały wielki reportaż! Jak się pospieszysz, to może nawet na wyłączność. – Zaśmiał się, kiedy oczy Lukrecji wręcz zalśniły. – Mówi ci coś nazwisko Branwen Owens?
– Jednoręki Bandyta?! – wykrzyknęła, zamazując przez przypadek nieskładne notatki w swoim małym, reporterskim notesie.
– Ta sama. – Sharp pokiwał głową i wyciągnął z szuflady czerwoną paczkę papierosów. Wsadził jednego do ust i szukał zapalniczki, gdy tymczasem specjalna korespondentka jego gazety prawie wychodziła ze skóry, by wiedzieć więcej. W końcu sama machnęła różdżką i przypaliła mu papierosa z takim rozmachem, że osmoliła mu brwi. Skarcił ją niezbyt szczęśliwym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. – Tak. Pamiętasz tę akcję sprzed dwóch tygodni? 
– Skandal w drużynie? No ba! Tatko jeszcze nigdy nie był tak zdenerwowany, prawie wyrzucił radio przez okno! Razem ze stolikiem.
– Właśnie. – Naczelny zawiesił nieco głos, niepewny czy ma w ogóle prawo komentować kolejne ekscentryczne zachowanie Slatero Birkie, czy może lepiej trzymać dziób na kłódkę. Patrząc na absolutną miłość jego jedynej córki, wolał nie obrażać swojej najlepszej reporterki. Odchrząknął, zaniósł się kaszlem i pokiwał głowę. – Wczoraj kolega z „Proroka“ wygadał mi się w pubie. Nasza własna Branwen Owens jedzie do Szkocji, czy może raczej powinienem powiedzieć: leci, znając tę wariatkę.
– Do Szkocji? – Lukrecja skrobała piórem z taką werwą, że prawie przedziurawiła kartki notesu. – Przyjęła ją inna drużyna? Co będzie robić w Szkocji?
Naczelny rozparł się znowu na krześle, przetarł spocone czoło chusteczką i wyrzucił niedopałek przez okno.
– Uczyć latania.
– Uczyć latania?!
– W Hogwarcie. 

***

Lukrecja niemalże wyrzuciła za okno sowę z listem, a przerażone stworzenie ledwo zdążyło rozłożyć skrzydła i nie rozbić się na chodniku. W mieście tak małym jak Holyhead, mieszkańców na dzień dzisiejszy około jedenastu tysięcy, które w dodatku znajdowało się na wyspie gdzieś na północy Walii, reporterka tak oddana swojemu zawodowi nieczęsto miała okazję do napisania czegoś szczególnie pasjonującego. Jej ostatnim dużym projektem był wprawdzie ten o przemytnikach piór feniksów, ale ich już od dawna czekał proces i były to raczej odgrzewane kotlety. Syriusz Black nawiał z Azkabanu i grasował hen daleko, gdzieś w okolicach Londynu, ale to już nie było żadną nowością i nie można oczekiwać, żeby ludzie byli tym aż tak poruszeni jak na początku. Więc Lukrecja siedziała i czekała na swoją wielką szansę.
Ten nius akurat mógł wypchnąć ją na wyższe szczeble kariery, poza tym dotyczył jednej z jej ulubionych drużyn quidditcha. Lukrecja Birkie nie miała większego marzenia, niż zostać starszą korespondentką kolumny sportowej „Głosu Holyhead“. Niestety, stanowisko od lat było piastowane przez Quincy’ego Pikestone’a, który sam był graczem, a do tego jeszcze przez długi czas nie wynosił się na emeryturę, co sam wysyczał jej kiedyś jadowicie do ucha podczas przerwy w socjalnym. Nie znosiła tego dupka! Co on sobie myślał, że kobieta nie może się znać na quidditchu tylko dlatego, że ją drążek miotły w krocze nie uwiera? Palant jeden!
Tatko nauczył ją latać, gdy miała jedenaście lat i dostała swój dawno wyczekiwany list z Hogwartu. Wcześniej nikt nawet nie podejrzewał, że Lukrecja jest tak do końca czarownicą. Jako dziecko nigdy nie wykazała się żadną szczególną umiejętnością oprócz błyskawicznego pochłaniania wszystkiego, co miała na talerzu (skutek posiadania dwóch braci) i czytania wszystkiego, co tylko wpadło jej w ręce: ulotek, gazet, książek, a nawet składników na odwrocie pudełek po płatkach śniadaniowych. Lukrecja była bardzo spokojnym dzieckiem, nigdy nie miała nawet niczego złamanego. Rodzice już prawie tracili nadzieję i wtedy nadszedł ten list. Babcia nie mogła być szczęśliwsza, a ojciec tylko machnął ręką, jak gdyby chcąc podkreślić, że to przecież oczywiste. Dla Lukrecji nie było. Racja, kiedyś przemalowała z Taffym sowę na niebiesko, ale nie użyli do tego magii, tylko farb akrylowych matki. Poza tym rodzinna sowa i tak była zbyt leniwa, by w ogóle się przejąć, więc nie było to szczególnie spektakularne. Biedny Dorian latał tak potem z tymi piórami, dopóki babcia nie uparła się wyczyścić ich zaklęciem. 
Gwendoline Wildeberry zawsze miała dryg do zaklęć i wysoki wzgląd na to, co ludzie powiedzą, dlatego jej urok podziałał trochę za mocno i nieszczęsny puszczyk latał potem z łysym ogonem, dopóki nie odrosły mu wszystkie pióra. Okoliczni sąsiedzi wytykali nieszczęsne stworzenie palcami – prawdopodobnie to nie do końca to, o co babci chodziło, bo łaziła potem w kółko, narzekając, że ona jedyna trzyma w tej rodzinie fason i nikogo w tym domu nie obchodzi nawet, czy mają czyste skarpetki. 
Matka Lukrecji była zainteresowana tylko tym, czy ktoś nastawił rano świeżą kawę.  Lukrecja odziedziczyła po niej ten nieszczęsny nałóg, tatko zawsze powtarzał, że w żyłach Cat zamiast krwi płynęła mała czarna. Matka zawsze go zbywała, albo usmarowała temperą dla zabawy, i napełniała swój pomazany na niebiesko kubek. Po brzegi. Dopóki miała kawę, mogła malować, a Cat Birkie zawsze malowała. Wszędzie. Wszystkim na wszystkim, dlatego nigdy nie kupowała żadnych kosmetyków kolorowych. Szminki zużywała nie do końca w celach przewidzianych przez producenta. Jej ostatnim konikiem były obrazki na szkle. Okno w sypialni rodziców pełne było małych dzwonków wietrznych, które brzęczały uroczo przy najmniejszym podmuchu wiatru, a promienie słońca prześwitywały przez kolorowe malunki i rzucały na podłogę rozproszone, migoczące odbicia. 
Cat robiła dzwonki z odłamków szkła – starego wazonu, potłuczonych szklanek, okularów babci Gwendoline, które były już za słabe… Miało to nawet funkcję dobroczynną, bo tylko posianie gdzieś starych mogło zmotywować babcię, by wyrobiła nowe u magomedyka. Potem na szkle powstawały cudowne, miniaturowe dzieła sztuki: latarnia morska, ganiające się koty, kwiaty albo dżungla. Jeśli Cat była akurat w nastroju i nie wsadziła różdżki w żadną przypadkową doniczkę lub karton po mleku, rzucała na obrazki zaklęcie i postaci poruszały się jak żywe. 
– Tato! – Lukrecja zbiegła teraz po schodach, prawie wpadając w korytarzu na nieobecną wzrokiem matkę. – O, cześć mamo! – Cmoknęła ją w usmarowany ołówkiem policzek, nakładając w biegu sandały. – Dorwałam niusa!
– To miło – uznała Cat, skrobiąc zaschniętą pod paznokciem czerwoną farbę i drugą ręką szukając w chlebaku w miarę świeżych bułek. – Zrobiłaś zakupy?
– Brian zrobi!
– Brian wyjechał do Hogwartu, kochanie. Jak ty mnie nigdy nie słuchasz!
– Mamo. – Lukrecja związała niesforne loki na czubku głowy. – Jest sierpień.
– Ach, no widzisz.
Lukrecja przewróciła oczami i wybiegła z domu. Nie mogła czekać bezczynnie na odpowiedź na list, zamiast tego pomaszerowała w dół ulicy do papiernika. Kończyła jej się taśma do maszyny, a jeśli list nadejdzie dostatecznie szybko, to przecież będzie musiała się spakować najpóźniej wieczorem. Chyba, że będzie mogła pojechać ekspresem razem z Brianem… Ale przecież mogła też wyciągnąć swojego starego Meteora na przejażdżkę!
Nie mogła się doczekać jak powiadomi tatę o swoim artykule. Będzie co najmniej tak podniecony jak ona sama, jeśli nie bardziej. W Holyhead panował niemal kult dziewczyn z Harpii, a legendarna szukająca Branwen Owens była tu, i w całej magicznej Anglii, sporą celebrytką.
Tatko zabrał Lukrecję na jej pierwszy mecz quidditcha kiedy jej najstarszy brat Taffy był już na pierwszym roku w Hogwarcie, więc ona nie mogła mieć więcej niż osiem lat. Harpie z Holyhead grały wtedy swój pierwszy mecz w sezonie i przegrały z kretesem z Diabłami z Chelsea, ale to nie miało dla Lukrecji żadnego znaczenia. Kiedy tylko zobaczyła w powietrzu te dzielne kobiety, pionierki feministycznej sztuki latania, wiedziała, że już nigdy nie odpuści, dopóki nie będzie robić tego co one. Niestety, nie było jej to dane. Przeszła nawet w szkole wstępne kwalifikacje do drużyny Hufflepuffu, ale nie załapała się na żadną pozycję. Jej talent leżał gdzie indziej: w kawałku pergaminu i piórze. 
No, w maszynie do pisania konkretnie, którą zresztą podarowała jej babcia, kiedy sama w wieku lat sześćdziesięciu rozstała się z wieloletnim marzeniem bycia stenotypistką. Lukrecja uznała maszynę za świetny pomysł. W końcu to nie średniowiecze, nie będzie wydawać majątku na atrament i babrać się z ostrzeniem piór jak jakaś Rita Skeeter. Co by Dorian pomyślał gdyby zobaczył ją z nożem i sowimi piórami w ręce! Pewnie nic, usiadłby w jej kubku z kawą i kazał się smyrać pod skrzydłem. Istniał pewien szczególny powód dla którego wszystkie kubki Lukrecji były wyszczerbione, a powód ten był dużym, brązowym puszczykiem.

***

Sybilla Trelawney zawsze szczyciła się odgórnie przypisaną wiedzą o wszystkim, zwłaszcza jeśli chodziło o to, co działo się w Hogwarcie, dlatego kiedy teraz już po raz dziesiąty usłyszała na korytarzu słowa „Jednoręki Bandyta“, zaczęła się mocno niepokoić, że Ślizgoni reaktywowali jakieś podziemne kasyno. Lub coś podobnego. Choć „niepokoić“ być może nie było tu właściwym określeniem, Sybilla była z perspektywy raczej zadowolona. Wieloletnie doświadczenie z tarotem pozwoliło jej wyćwiczyć wcale niezłą rękę do pokera.
Ale żeby zaraz Jednoręki Bandyta? To było trochę niemądre, zwłaszcza że Minerwa McGonagall nigdy nie śpi… Bliźniacy Weasley, którzy byli po Ślizgonach następnymi podejrzanymi w kolejce, nie byliby chyba na tyle nierozsądni, żeby przytachać do Hogwartu jakąś diabelską, mugolską maszynę? To znaczy… O ile oczywiście dadzą jej taryfę stałego klienta, rozważy niepoinformowanie Minerwy. Było wiele rzeczy, o których stara kocica nie wiedziała, tak jak bezpośredni wpływ fazy księżyca na jej nerwowy nastrój, i jakoś żyła, więc chyba przeżyje też mały zakładzik na boku. Oczywiście kiedy Albus nie patrzył.
Nauczycielka wróżbiarstwa zeszła ze swojej wieży, niepewnie niczym mysz przemykając po korytarzu trzeciego piętra, aż dotarła do Wielkiego Hallu, gdzie zastała prawdziwe zbiegowisko. Uczniowie przekrzykiwali siebie nawzajem, tłoczyli się i wymachiwali najnowszym „Prorokiem Codziennym“. Na pierwszych stronach był oczywiście zbiegły morderca Syriusz Black, więc Sybilla zaraz wyciągnęła niewłaściwe wnioski.
– Przepuśćcie mnie! Co tu się dzieje, czemu nie jesteście na śniadaniu! – Severus Snape próbował przecisnąć się przez tłum, odejmując po drodze punkty, aż natrafił na grupkę wyjątkowo rozemocjonowanych Ślizgonów i to go trochę wybiło z rytmu. – Co tu się wyprawia? – warknął do Dracona Malfoya, który zamiast odpowiedzi wcisnął mu do ręki „Proroka“, wyciągając jednocześnie szyję tak daleko jak mógł, by widzieć dziedziniec. Prowadzące na niego ciężkie drzwi zamknęły się jednak, całkiem nagle, co wzbudziło wśród uczniów jęk zawodu.
– Black? – Severus wpatrzył się w gazetę z irytacją, jak gdyby jego niedoinformowanie było wyłącznie jej winą. – To żadna nowość, rozejść się natychmiast!
Ktoś jeszcze próbował coś powiedzieć, ale ostre spojrzenie mistrza eliksirów skutecznie wybijało z głowy dyskusję. W hallu zostali tylko Ślizgoni, czując się bezpieczni przed gniewem opiekuna swojego Domu, i co odważniejsi z tych innych. Wszyscy plotkowali zawzięcie między sobą.
– Przewidziałam to! – Mdły zapach perfum i ciężka woń kadzidła w akompaniamencie pobrzękujących bransoletek były na tyle rozpoznawalne, że Severus natychmiast na wszelki wypadek odsunął zachowawczo na trzy metry w lewo, ale Trelawney i tak wpiła mu swoje paznokcie w łokieć i rozpoczęła jeden ze swoich niedorzecznych wywodów. – Black! Miałam dzisiaj sen. O śmierci, tak! – pokiwała energicznie głową, wpatrując się w Severusa swoimi wielkimi oczami, powiększonymi jeszcze przez absurdalnie grube szkła okularów. 
Doprawdy, Severus czasem się zastanawiał czy faktycznie wzrok miała tak słaby, czy to po prostu jeszcze jeden z jej rekwizytów mających na celu uczynić ją bardziej ekscentryczną. Niektóre czarownice i ich umiejętności w dziedzinie magii… Istniała przecież rzesza eliksirów na astygmatyzm i tym podobne rzeczy. Zasłonił się gazetą, próbując recytować w myślach składniki na jeden z nich i dając Trelawney do zrozumienia, żeby zaprzestała bezpośredniego kontaktu fizycznego z jego łokciem i to w trybie pilnym.
– Koniec jest bliski, Severusie! – zajęczała tonem, który miał być złowieszczy, ale brzmiał raczej jak zgrzytająca płyta.
– Jaka szkoda. – Snape wykrzywił się za gazetą sardonicznie, po czym opuścił ją gwałtownie, bo przecież nie było sensu wykrzywiać się na ludzi jeśli mieli tego nie widzieć.
– Black! Syriusz Black przybywa, by zabić nas wszystkich we śnie, a te wszystkie znaki-…!
– Weasley! Weasley! Pięć punktów od Gryffindoru! – krzyknął Snape do tyłu, gdzie bliźniacy właśnie prawie wchodzili sobie na głowy, by móc widzieć ponad tłumem. – Weasley, to są zamknięte drzwi, jeśli w życiu takich nie widziałeś, to radzę się cofnąć do pierwszej klasy i powtórzyć elementarne rzeczowniki, a teraz czy ktoś mi w końcu wyjaśni…!
W tym momencie drzwi do głównego dziedzińca się otworzyły, ale Severus nie mógł zauważyć, kto przez nie wszedł, bo w przejściu mignęła mu tylko odświętna różowa tiara Dumbledore’a, a potem tłum uczniów poniósł ich wszystkich do Wielkiej Sali.










3 komentarze:

  1. Żądam więcej Draco i długowłosego Syriusza, który niczym nie będzie przypominał tego filmowego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, zawedrowalam tu przez przypadek ale Twój styl od pierwszych zdań przypadł mi do gustu. Bardzo dobrze, poprawnie i przyjemnie piszesz! Do tego przedstawilas nowa bohaterkę z zupełnie innej strony niż zazwyczaj zaczynają w opowiadaniach. Jeszcze nie wiem o czym dokładnie będziesz pisać, ale nawet jeśli tylko o artykułach i karierze Lukrecji to i tak mi się podoba !
    Pozdrawiam,
    its-necessary-evil.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń