Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

czwartek, 17 września 2015

IX

A/N: Rozdział niebetowany, uprasza się o cierpliwość w przypadku zauważenia literówek i tym podobnych. Kochani, przerwa jak na mnie była niezła, przyznaję, niestety życie przeszkadza w pisaniu fanfików ;) Mam nadzieję, że długość rozdziału wynagrodzi czekanie.

edit: już zbetowany i poprawiony, za betę dziękuję niezastąpionej Wee!

Część IX

Porażka Gryffindoru ze Slytherinem była spektakularna. Harry Potter stracił swoją miotłę i nie wiadomo co mogłoby się stać z nim samym gdyby dyrektor nie siedział wtedy na trybunach. Dumbledore wpadł w szał i jego rozmowa z dementorami trwała naprawdę długo, natomiast Oliver Wood porzucił wszelką nadzieję i jeszcze przez następne kilka dni chodził z miną sugerującą kontemplację rzucenia się z kamieniem u szyi w sam środek Wielkiego Jeziora. Sytuacji nie poprawiał fakt, że po meczu stopień przechwałek i zarozumialstwa Malfoya osiągnął szczyt, a wyszydzanie z powodu reakcji Harry’ego na dementorów nasilało się z dnia na dzień.
Nowym kapitanem Slytherinu został Olaf Christensen, dość niski i bardzo szczupły siódmoklasista o przedwcześnie posiwiałych, mysich włosach i skośnych ciemnych oczach, który grał na pozycji ścigającego. Jego poglądy na temat obecności dziewczyn w drużynie były, z tego co wiadomo Millicencie, niewiele bardziej liberalne w stosunku do tych posiadanych przez Flinta, ale za to Christensen umiał się poznać na kiepskich graczach. Zaraz po meczu z Gryffindorem wyrzucił z drużyny Crabbe’a i Goyle’a, którzy dali pokaz naprawdę niezorganizowanej i co gorsza koszmarnie brutalnej gry. Slytherin miał zatem wakat na stanowisku pałkarzy i tym razem Millicenta postanowiła dostać się do drużyny, choćby miała przejść boso po rozżarzonych węglach.
– Dobra, Bulstrode! Jesteś następna!
Rozgrywki kwalifikacyjne musiały zostać przeprowadzone w trybie pilnym, następny mecz Slytherin rozgrywał z Ravenclaw, a ich szukająca, Cho Chang, była naprawdę dobra, więc nie można było pozwolić na żadną fuszerkę. Olaf stał na środku boiska i odhaczał nazwiska ze swojej listy, a wszystko nadzorowała Branwen Owens, która skrycie bardzo Millicencie kibicowała. Podobała jej się ta dziewczyna, była inna, pewna siebie, miała świetną postawę gracza i przede wszystkim nie zdradzała emocji, a to u pałkarza bardzo przydatne, bo właśnie ich zwykle podejrzewano o faule. 
Szereg chętnych został już dawno odrzucony, pozostała tylko ona i chuda szóstoklasistka, która miała minę jakby nie bardzo wiedziała, co tu robi. Millicenta ujęła pewnie pałkę w dłoń, wsiadła na miotłę i odbiła się od ziemi.
– Dawaj tłuczek! – krzyknęła do Olafa. 
W powietrze wzleciała szara, brutalna piłka, którą Ślizgonka błyskawicznie odbiła w odpowiednie miejsce. Tłuczek przeleciał przez największą obręcz na kafla i rozbił lewitującą w samym środku dynię. Zawrócił, miotając się wściekle w powietrzu, ale Millie nie dała mu uciec i natychmiast posłała go w stronę drugiej i trzeciej obręczy. Wtedy usłyszała czyjś gwizd, a gdzieś na trybunach mignęła jej ruda czupryna, a przynajmniej takie miała wrażenie, zaraz jednak uznała, że jest zbyt wysoko i na pewno jej się wydawało. To musiał być sygnał od kapitana, więc zapikowała gwałtownie z powrotem na boisko. 
– Czemu lądujesz?! – krzyknął Olaf. – Tłuczek jest nadal w powietrzu! Wracaj tam!
– Co? – Millicenta obejrzała się, a potem zaklęła pod nosem. – Przecież gwizdałeś! – Wzbiła się błyskawicznie w powietrze i nie słyszała, że nowy kapitan krzyczał „To nie ja!“. Bulstrode doleciała do tłuczka w samą porę, bo brutalna piłka właśnie pikowała prosto na ostatnią kandydatkę, która z piskiem uskoczyła w stronę trybun. Millicenta w ostatniej chwili odbiła napastliwą kulę pałką, ale niezbyt mocno, tylko tak, by odbiła się na ziemię.  Siła uderzenia prawie wybiła jej ramię ze stawu, ale tylko zacisnęła zęby i jak najszybciej dopadła piłkę obiema rękami i z pomocą Olafa spakowała z powrotem do skrzyni. Kapitan patrzył na nią z czymś, czego nie podejrzewałaby o sympatię, ale z pewnością przypominało to uznanie.
– Nadajesz się, Bulstrode. Naprawdę. 
Wzięła głęboki wdech i pokiwała poważnie głową. 
– No co, nawet się nie uśmiechniesz? – Próbował zachowywać się nieco przyjaźniej, ale ona patrzyła na niego tak obojętnie, że tylko pokręcił głową. – W każdym razie. Treningi są cztery razy w tygodniu, we wtorki od siódmej, w piątki krócej, bo są wyjścia do Hogsmeade. Dasz radę?
– Oczywiście. – Była niemalże oburzona jego pytaniem. 
– Naprawdę dobra robota! – Bran podeszła do niej znienacka, przerywając konwersację. – Masz kawał talentu, dziewczyno. Na twoim miejscu pomyślałabym o profesjonalnej karierze. Dawno nie widziałam u kogoś tak dobrego uderzenia!
– Pani profesor nie mówi tego poważnie… – Millicenta trochę się zmieszała, a Bran zaśmiała się głośno i położyła jej rękę na ramieniu.
– Mówię to jak najbardziej poważnie, panno Bulstrode. Ćwicz ile wlezie, w końcu sama to zauważysz. 
Młodsza Ślizgonka nie była przyzwyczajona do takich komplementów, więc pokiwała tylko głową i odchrząknęła nerwowo. Olaf mruknął coś o spakowaniu reszty piłek i oddalił się z powrotem na boisko.
– To pani gwizdała? – zapytała zaraz Millicenta, a Bran pokręciła głową.
– Nie. Tam siedzi ktoś jeszcze. – Odwróciła się w stronę trybun. – Hm, a przynajmniej siedział tam wcześniej… Musiał sobie pójść. Ktoś z twoich przyjaciół?
– Nie miewam. – Bulstrode chwyciła mocniej miotłę. 
– Przygotuj się na zmiany, panno Bulstrode, bycie w drużynie to jak bractwo rycerskie i rodzina w jednym. – Bran mrugnęła do niej łobuzersko. 
– Tak, bycie kobietą-pałkarzem, która trenuje MMA nie nastraja ludzi specjalnie przyjaźnie. – Chwilę później zacisnęła usta, zakłopotana tym, co właśnie jej się wymsknęło. – Przepraszam. 
– Nie przepraszaj. To oni powinni. MMA jest cholernie trudne, masz być z siebie dumna, słyszysz? 
Millicenta pokiwała niemrawo głową i było jasne, że nie będzie. Bran pokręciła głową. Bycie nastolatką to cięższa sprawa niż się większości wydaje, zwłaszcza jeśli w grę wchodzili nastoletni chłopcy, a bardzo mocno podejrzewała ich udział w niskiej samoocenie Ślizgonki.
– Zaufaj mi, żadna znana mi kobieta, która grała w quidditcha nigdy nie miała sytuacji, w której doskwierałaby jej samotność. Problem leżał raczej w tym jak tu upchnąć wszystkie randki w jednym tygodniu. – Znowu do niej mrugnęła, a Millicenta jak gdyby się rozchmurzyła. Wzięła głęboki wdech i pokiwała głową.
– Czy mam wrażenie, czy ty już masz jakiegoś na oku?
Młodsza Ślizgonka rzuciła jej na to spojrzenie tak pełne oburzenia, że Bran tylko uśmiechnęła się przepraszająco i przybiła sobie mentalną piątkę. Trafiona-zatopiona! Na horyzoncie był jakiś chłopak, teraz Millicenta musiała tylko zebrać w sobie odrobinę więcej animuszu i zrobić to, czego nastolatki obawiają się najbardziej w świecie: zacząć z nim rozmawiać. 

***

Święta w Hogwarcie oznaczały przyjemne rozleniwienie, przepiękne dekoracje i wspaniałe jedzenie. Remus Lupin już dawno nie pamiętał, by tak się najadał. Świadczyły o tym również jego spodnie, które stawały się odrobinę przyciasne w pasie. I choć większości mężczyzn mogłoby to być nie w smak, on czuł ulgę. Życie z zasady było procederem skazanym na niepewny koniec, natomiast życie wilkołaka – usłane po drodze szeregiem, nazwijmy to, ryzykownych sytuacji, które upewniały w przekonaniu, że ów koniec jest tuż za rogiem. 
Remus nigdy się nie skarżył, nie należał do malkontentów, wręcz przeciwnie: wilkołactwo było jego klątwą, ale i pewnego rodzaju darem, dzięki któremu, jakkolwiek depresyjnie by to nie brzmiało, cieszył się tym, co tu i teraz. Głównie dlatego, że przyszłość malowała się w tak czarnych barwach. Nie dożyje późnej starości, tę świadomość od dawna posiadał. Chodził i oddychał, ale był żywą bombą zegarową, przewlekłym nowotworem, trupem na urlopie. Dead man walking. Pozostawał z Fenrirem Greybackiem w tego rodzaju ambiwalentnym związku, w którym mógłby mu teoretycznie wybaczyć, co nakazywała Remusowi jego z gruntu dobra natura, ale głównie chciałby go rozszarpać własnymi dwiema rękami. 
– Lupin?
Z zamyślenia wyrwało go bardzo nieprzyjemne i zniecierpliwione burknięcie. Tylko jeden znany mu człowiek potrafił z taką nienawiścią wypluć z ust czyjeś nazwisko i jeszcze do tego udawać, że wciąż zachowuje jakiekolwiek pozory kurtuazji.
– Przepraszam, Severusie. Zamyśliłem się. Wejdź, proszę.
Mistrz eliksirów wślizgnął się z niechęcią do jego gabinetu, w dłoni dzierżąc dymiący kufel pełen eliksiru tojadowego. Lupin uśmiechnął się pod nosem tym swoim nieokreślonym uśmiechem cierpiącego w milczeniu człowieka, którego Severus osobiście organicznie nie cierpiał i miał ochotę zetrzeć go Remusowi z twarzy.
– Dziękuję, Severusie. 
Tak, te słowa też miał ochotę wepchnąć mu z powrotem do gardła. Jakim prawem Lupin w ogóle zachowywał się wobec niego w ten sposób! To go doprowadzało do szału, ta grzeczność, poczciwe cierpienie, pogodzenie z losem, uprzejma skrucha! Święty Lupin od morderców. Tak. Snape uśmiechnął się z pogardą na swój własny prywatny żarcik. To do skurczybyka pasowało. Dwulicowy, wyprany… Jaką satysfakcję sprawiało mu widzieć dawnego kumpla Jamesa Pottera w takim stanie i poniekąd na swojej łasce.
Był prawie pewien, że to Lupin wpuścił Blacka do zamku, niestety nie miał na to dowodów, a Dumbledore zaprzeczał. Jeszcze. Nie wiedział też jak to wszystko udowodni, ale miał przeczucie, że wskazówkę stanowiły te błotniste ślady. Były stanowczo za małe jak na wilkołaka w swojej zwierzęcej postaci, ale za to na pewno stanowiły solidną podstawę do wątpienia w świętego Lupina. Snape czegoś tu nie widział, czegoś musiał się dowiedzieć, ale z pewnością się dowie. To tylko kwestia czasu.
– Żadnego cukru – powiedział ostro, a Remus pokiwał poważnie głową. 
– Dziękuję, pamiętam. – Przyjął od niego kufel, a potem zorientował się, że płyta, którą nastawił wcześniej, już od godziny obraca się bez sensu na adapterze. Odwrócił ją i przesunął igłę. – Być może napiłbyś się ze mną herbaty?
W małym gabinecie rozbrzmiał Chet Baker, a Severus już dawno zniknął za drzwiami, unikając wszelkiego bliższego kontaktu z Lupinem i jego legendami jazzu.

***

Branwen wpadła na Severusa kiedy schodził po schodach, a ona właśnie wracała z rozgrywek kwalifikacyjnych Slytherinu. Włosy miała jeszcze bardziej rozczochrane od wiatru, a oczy błyszczące. 
– Hej, Snape! 
Przywitała się z nim prawie przyjaźnie. Gdyby nie wiedział lepiej, pomyślałby, że ten uśmiech też mógł być skierowany do niego, ale przecież ona zawsze tryskała tym niedorzecznym optymizmem, zatem sądzić podobnie byłoby lekkomyślnym. Wyburczał tylko coś pod nosem i zrobił wszelki wysiłek w kierunku wyminięcia jej, ale mu nie pozwoliła.
– Jedziesz gdzieś na święta?
Posłał jej złe spojrzenie.
– Co, będziesz siedział sam w lochach i się mrocznił? Grał w szachy?
– „Mrocznił“? – Uniósł ironicznie brew. – Owens, czy to jakiś walijski slang?
– Purysta.
– Owszem, a szachy są nudne.
– Jak barszczycho! Zatem proponuję pokera. – Znowu nie pozwoliła mu odejść, a on przekrzywił głowę, zainteresowany propozycją.
– Umiesz grać w pokera?
– Powiedzmy, że miałam dobrą nauczycielkę.
– Trelawney?
– Skąd wiedziałeś?
– Na trzecim i czwartym roku wybrałaś sobie najbardziej niedorzeczne przedmioty.
Wykrzywił się w sposób, który sugerował, że wie dużo więcej, niż Bran się spodziewała, a ona w ogóle nie miała problemu, by mu w to uwierzyć.
– Dobra. Poker. – Przekrzywiła głowę. – I co? Pink Floyd czy David Bowie?
Snape wyprostował się nieco, a ona już wiedziała, że zrobiła na nim odpowiednie wrażenie. No proszę. 
– Nie mam czasu, Owens. Jestem koszmarnie zarobiony. – Uśmiechnął się złośliwie, ale ona nie dała mu odejść.
– Bzdury.
– Ach tak?
– Założę się, że nie masz tego albumu, ale…
– Aladdin Sane? – Zacmokał z dezaprobatą, od razu zgadując, że być może nie słuchała gniotów, ale znała tylko najsłynniejsze utwory z top listy, nic poza tym. – Kiepsko ci idą zakłady, Owens, jesteś pewna, że poker to odpowiednia gra dla ciebie? Może lepiej warcaby?
Szturchnęła go w bok i poszła pierwsza w dół schodów. On podążył zaraz za nią, chociaż nieco wolniej i spokojniej niż wcześniej. Z gabinetu Lupina wcześniej prawie wybiegł.
– Co ci niby sugeruje, że będziemy grać u mnie?
– Ja nie mam adaptera!
Severus był za to pewien, że na pewno miała bałagan, zatem w milczeniu zaakceptował jej plan. Weszła za nim do jego prywatnych kwater. Nie pozwolił Bran zajrzeć nigdzie, gdzie widział, że miała ochotę, to jest – grzebać na półkach z książkami. Usiedli po dwóch stronach prostego biurka, którego blat był wręcz ascetycznie czysty. Zgodnie z obietnicą, Snape nastawił płytę, a potem rozłożył karty, które wyjął z szuflady biurka. Wprawdzie miał wcześniej plan eksperymentowania z nowymi eliksirami, ale to wydało mu się z jakiegoś powodu o wiele ciekawsze, bo już wiedział o co chce grać: swoją ulubioną walutę, czyli informacje. Być może mógłby uczynić tę grę ciekawszą, rzecz jasna na swoją korzyść.
– Na co gramy? Na pieniądze? – Bran zebrała swoje karty i spojrzała na niego. W półmroku te jego uśmieszki sprawiały jeszcze bardziej niepokojące wrażenie. 
Owens, jesteśmy bądź co bądź w placówce edukacyjnej, zachowuj się.
– Jasne. Pensja nauczycielska też nie pozostawia pola do manewru, a ja się nie będę rozbierać, więc…?
– Merlinowi dzięki.
– Ponownie, Snape: to nie tak, że przebierasz w ofertach.
Kopnął ją pod stołem, co zaskoczyło ją do tego stopnia, że parsknęła śmiechem. Tej reakcji się nie spodziewał, zresztą sam był swoją zażenowany i starał się to ukryć. Popisał się chwilowym brakiem dojrzałości, ale tak już działał ten dziwny mechanizm związków międzyludzkich, że przy kimś, z kim spędził młodość w jednym Domu nie potrafił przybrać osobowości postrachu Hogwartu. Zastanawiało go natomiast, kim tak właściwie przy niej był. Zacisnął usta i zerknął na swoje karty.
– Zagrajmy na prawdę.
– Prawdę? – Usiadła nieco wygodniej, porzucając swój beztroski optymizm i teraz krzywiąc się ironicznie. Zauważył, że ona też miała wiele twarzy, na razie zliczył co najmniej cztery. Był ciekaw, którą jeszcze zobaczy.
– Słyszałaś coś o tym? – Wykrzywił się ironicznie. – Podbijasz pytania. Przegrany musi odpowiedzieć i nie wolno mu kłamać. 
Gwizdnęła przeciągle, a potem pokręciła głową i odchyliła się z zadowoleniem na krześle. 
– Nie bądź taka pewna, jeszcze możesz przegrać.
– Ach, bo Severus Snape jest perfekcjonistą do bólu i ma sekretny zmysł do hazardu?
W retrospekcji być może nie powinna była z nim igrać. Ograł ją do spodu, faktycznie Merlinowi dzięki, że nie musiała się rozbierać, bo prawdopodobnie musiałaby też oddać mu zęby i nerkę. Snape wychwytywał kłamstwo błyskawicznie, nie mogła przy nim blefować, podczas gdy on utrzymywał kamienną twarz nawet wtedy, gdy wiedziała, że teoretycznie mógłby się zaśmiać z tego czy tamtego komentarza, który rzuciła. Zaczynała rozpracowywać jego humor, ale on był nieugięty i poważny, do tego wygrał od niej w ogólnym rozrachunku całe siedem pytań. Ona – jedno. I miała zamiar dobrze się nad nim zastanowić. 
– Dobra, pytaj. – Spojrzała w bok, odchylając się na krześle i opierając nogi blat biurka. Zaraz je z niego strzepnął, niezadowolony. Uśmiechnęła się złośliwie, a Snape wyciągnął papierosy z kieszeni i zapalił w skupieniu.
– Jak straciłaś rękę?
Parsknęła drwiąco, starając ukryć prawdziwe uczucia.
– Naprawdę? To takie banalne. Mogłeś się bardziej postarać.
– Nie zmieniaj tematu – wytknął jej miękko i zaciągnął się dymem, a ona pomachała  wymownie ręką przed twarzą.
– Musisz przy mnie kopcić?
– Jak straciłaś rękę?
– W wypadku. Miałam siedem lat. 
– Szczegóły.
Jej wzrok stał się odrobinę twardszy, a on przysunął się bliżej i oparł jeden łokieć o biurko. Siwy dym leciał z papierosa pod sam sufit, a ona nie mogła wytrzymać zapachu. Przez te wszystkie lata palił wciąż tę samą markę? Rzeczywiście niewolnik nawyku.
– Miałam siedem lat i bawiłam się z dzieciakami przy torach. Za Holyhead była kiedyś stara stacja i pociągi jeździły tam dość sporadycznie, ale czasem się zdarzały. – Odchrząknęła, a potem zerknęła na niego badawczo. – Naprawdę mam ci o tym opowiadać? 
Milczał, zaciągnął się tylko papierosem i wypuścił dym nosem. Pokręciła głową i kontynuowała, sama nie wiedziała dlaczego, ale wylewanie swoich sekretów przy Snape’ie przychodziło dość łatwo:
– Dręczył mnie jeden kolega, Billy. Twierdził, że nie przebiegnę przez tory zanim nadjedzie pociąg, a słyszeliśmy już jak daje sygnał. Oczywiście się uparłam. Chciałam przebiec, ale but utkwił mi między szyną a deską. W ostatniej chwili ktoś mnie pociągnął, ale pociąg we mnie uderzył i… No. – Postukała palcami w blat. – Miałam szczęście, że w ogóle przeżyłam.
Zamilkła na chwilę, a jedynym dźwiękiem w lochach było teraz powolne strzelanie tytoniu w papierosie i obracająca się płyta, która dawno przestała grać. W końcu Snape przywołał do siebie zaklęciem popielniczkę, zgasił w niej niedopałek i wyłączył adapter. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek słyszał by Branwen miała tak spokojny i pełen skupienia ton głosu. Widocznie nie zawsze jest tak bezsensownie beztroska. Czy jej wesołość była mechanizmem obronnym? Wiedział, że tak. 
– Chcesz zadać swoje pytanie? – zapytał.
– Nie. – Pokręciła głową, biorąc głęboki wdech. – Pytaj dalej.
Wyprostował się i wyjął kolejnego papierosa z paczki.
– Nie wystarczył ci tamten? – prychnęła, ale on tylko uśmiechnął się złośliwie, zawahał teatralnie, a potem demonstracyjnie podpalił i zaciągnął się z cichym pomrukiem.
– Miałaś romans z Gwenog Jones? – zapytał, a potem z satysfakcją obserwował jak Bran czerwienieje na twarzy, co można było dostrzec nawet w półmroku panującym w lochach.
– Nie.
– Owens. – Zacmokał z naganą. – Nie kłam.
– Nie, naprawdę nie. To znaczy, nie z mojej strony. Ona jak najbardziej chciała. Między innymi dlatego musiałam odejść z drużyny. – Odchrząknęła.
– A dlaczego głównie?
– To twoje pytanie? Przecież wiesz dlaczego.
Uniósł tylko brew, a ona prychnęła i pokręciła głową. 
– Zaczęłam mieć poważny problem z alkoholem. Zawsze miałam, ale to się pogarszało i pogarszało aż do momentu, kiedy nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Nie pomógł też fakt, że dzięki Gwen dostałam wilczy bilet i nie mogłam wrócić do profesjonalnej gry.
Snape pokiwał głową, a Bran kaszlnęła wymownie. Uśmiechnął się tylko krzywo i zgasił niedopalonego papierosa w popielniczce. 
– Aż tak ci to przeszkadza?
– Mam złe skojarzenia. 
– Czyżby miało to coś wspólnego z twoją zmarłą matką?
– Nie jest… Do końca zmarła. A ty marnujesz pytania.
– Pozwól, że ja to ocenię. I to nie było jedno z moich pytań. – Parsknął pod nosem. – Nie do końca zmarła – powtórzył, uśmiechając się nieco, chociaż natychmiast spoważniał. Tak jak myślała, powoli i metodycznie odkryła jego poczucie humoru. Punkt dla niej.
– Za późno. – Posłała mu pewny siebie uśmieszek, a on zmrużył oczy. Dał jej się przyłapać na byciu nieostrożnym. Tak więc Severus Snape jednak czasem bywał ludzki jak my wszyscy.
– Więc zmarła czy nie?
– Nie wiem gdzie jest. Wyprowadziła się kiedy mój ojciec zachorował po raz pierwszy.
Widziała, że Severus już otwierał usta, by ją dopytać, ale się powstrzymał. Zostały mu trzy pytania i wyraźnie miał w zanadrzu wykorzystanie ich w najmniej dla niej dogodnym momencie. 
– Przypominam, że ty też możesz pytać. Jeśli chcesz – powiedział w końcu.
– Wiem. Ale nie chcę. 
Oparł się plecami o ścianę, patrząc na nią chwilę w ciszy.
– Naprawdę? – Wykrzywił się sardonicznie, ale nieco mniej pewnie niż poprzednio. 
Bran wyszczerzyła zęby.
– Nie, że nie chcę, po prostu… Wtedy kiedy najmniej się mnie spodziewasz, nie? – Mrugnęła do niego, a on stał się nagle odrobinę mniej sztywny i spięty. Znowu wracała jej główna, idiotycznie wesoła persona. Tej nadał przydomek „alfa“. – Muszę to przemyśleć. Zwłaszcza, że obiecałeś nie kłamać. 
– Ach tak. Czyżbyś miała tak wiele pytań? Jestem tak fascynujący? – zapytał miękko.
– Snape. Wiesz, że nie jesteś otwartą księgą pełną uroczych jednorożców, nie?
– Mam nadzieję – prychnął, zupełnie jakby go głęboko uraziła.
– Otóż to. Nie wydaje mi się, żebyś miał mało sekretów, nie myślę też, że naprawdę chciałabym któryś znać, mam rację?
Skinął tylko głową, chociaż po krótkiej chwili wahania, bo nie do końca wiedział, co chciała przez to powiedzieć. 
– Więc… Nie, że składam broń, ale nie chcę zdobywać wiedzy, której posiadania mogłabym żałować.
– Jak… Ślizgońsko. Miejmy nadzieję. W przeciwnym wypadku grozi ci kategoria inteligencji selektywnej.
– Wiem jak lubisz dzielić ludzi na kategorie, więc pozwól, że tu zakończymy tę rozmowę.
– Tak. Wszak mamy Boże Narodzenie. – Znowu zrobił się ponury, a jego ton bardziej obojętny. – Wybierasz się gdzieś?
– Nie. Ty?
Pokręcił głową, patrząc na nią specjalnym ostrym spojrzeniem z cyklu „Nie bądź śmieszna“. 
– Niemniej jednak, muszę ci przyznać, że to Boże Narodzenie było absolutnie najciekawszym jakie spędziłam. – Złożyła swoje karty i wsadziła je z powrotem do talii, która leżała na środku biurka. Potem zerknęła na Snape’a i uśmiechnęła się. – No, chodź tu. Byłeś bardzo miły, to musiało być dla ciebie ciężkie. 
Drgnął, stojąc wciąż pod ścianą, a potem zrobił krok w jej stronę. Wiedział, co chciała zrobić, a raczej – bardzo intensywnie się domyślał. Kiedy w końcu wstała i pocałowała go w policzek, do czego i tak musiał się nachylić, wrażenie było alarmujące. Wyszła, a on nadal nie wiedział, czy właściwie się na to zgodził czy nie, a jeśli nie, to czy powinien był się bardziej opierać. 

***

Nora wydawała się Taffy’emu przede wszystkim bardzo domowa, chociaż rozumiał czemu Bill zerkał na niego nerwowo co chwilę, oczywiście udając, że wcale tego nie robi. Nie było to dużo, państwo Weasley z pewnością nie należeli do zamożnych, ale to wcale nie dlatego David siedział tu taki spięty. Bill stracił pracę w Egipcie i Taffy nie mógł strząsnąć z siebie wrażenia, że to mogła być jego wina. Najwyraźniej nielegalne spacery po piramidach i zostanie przyłapanym przez bardzo homofobicznych strażników egipskiego Ministerstwa nie otwierało tam wielu drzwi do kariery.
– Powiesz coś w końcu? – mruknął nerwowo, a Bill przeczesał swoje długie, zmierzwione włosy, które teraz opadały mu na ramiona. Jego rodzice debatowali o czymś od godziny w sypialni na górze. W kuchni słychać było tylko ich kroki i co jakiś czas podniesiony głos Molly Weasley. 
– To nie twoja wina, a ja mam nadzieję, że oni w końcu przestaną odprawiać cyrki – powiedział w końcu Bill stanowczym tonem, a potem przysiadł się bliżej Taffy’ego i objął go ramieniem. Zmierzył go surowym spojrzeniem. – Nie jest ci zimno?
– Miałem ze sobą tylko ubrania do Egiptu, jak myślisz?
Weasley pokręcił głową i objął go ciaśniej, uśmiechając się teraz pod nosem. David poczuł jak coś przyjemnie go ściska głęboko w okolicach żołądka. Działo się tak za każdym razem kiedy widział te uśmieszki, a zwłaszcza gdy były kierowane do niego.
W końcu państwo Weasley wykrzyczeli sobie chyba wszystko, co mieli zamiar, najpewniej łącznie z zadawnionymi sprawami i wznowioną wielką awanturą z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego o słynnych zaginionych mugolskich nausznikach w króliczki, po których Artur wciąż nosił żałobę. 
– Kochanie, nawet nie wiesz jak się cieszę, że wróciłeś do domu! – Molly, wprawiona gospodyni, jednym ruchem różdżki nastawiła czajnik na herbatę, ucałowała Billa w czoło, a potem szybkim zaklęciem przynajmniej związała mu włosy z tyłu, skoro syn nie pozwalał ich skrócić. William wydał z siebie niezadowolony pomruk, a kiedy tylko Taffy zauważył schludny warkocz, parsknął głośnym śmiechem. 
– Co? Co to…? MAMO! – Zaraz zaczął rozplątywać nerwowo włosy, a David umilkł natychmiast, gdy tylko poczuł na sobie surowy wzrok Artura. 
– Więc… Jesteś pisarzem. – Pan domu usiadł sztywno przy stole, czując na sobie spojrzenie Molly, ale starając się je zignorować. 
– Tak, proszę pana. 
– Wydałeś coś już?
– Tak, proszę pana, dwie książki przygodowe. Wcześniej pisałem do gazety. – Z jakiegoś powodu ten człowiek, pozornie uroczy, teraz nieco go przerażał. Prawdopodobnie dlatego, że był przyzwyczajony do tego, że ludzie raczej od razu ulegali jego urokowi, Artur natomiast był więcej niż nieufny. 
– O, do „Proroka“?
– Nie, do… „Głosu Holyhead“. Stamtąd pochodzę. Z Walii. – Taffy wiercił się niespokojnie na krześle, dopóki Bill nie wziął go pod stołem za rękę. Teraz to Artur poczuł się nieswojo. –  Moja siostra przejęła po mnie kolumnę kiedy zacząłem pisać książki.
– Och, masz siostrę? Jak cudownie! Nam z Arturem trafiła się tylko jedna dziewczynka, Ginny. Jest teraz na drugim roku. – Molly postawiła przed wszystkimi kubki z parującą herbatą i usiadła obok Billa.
– Mam siostrę i młodszego brata, proszę pani. 
– Proszę, mów mi Molly.
– Molly. – Taffy uśmiechnął się nerwowo, a Molly pokręciła powoli głową, doskonale widząc, czemu jej syn zakochał się w tym uśmiechu. Musiał, nie było dla niego nadziei, David był po prostu uroczy. – Brian kończy teraz Hogwart.
– W jakim jest Domu? – zapytał Artur, nieco ostrzej niż to konieczne.
– W Gryffindorze, proszę pana. 
– A ty?
– Co ja?
– W którym ty byłeś? Hufflepuff?
– Ravenclaw – burknął Bill nieco defensywnie, a Taffy ścisnął mocniej jego rękę. 
Molly zerknęła na Artura ostrzegawczo, a ten starał się ją zignorować, chociaż ciężko było unieść siłę tego spojrzenia.
– Młodsza siostra i brat, dwie wydane książki… – Artur zmrużył oczy. – Ile tak właściwie masz lat?
Taffy czuł się jak na policyjnym przesłuchaniu.
– Trzydzieści trzy, proszę pana. – Odchrząknął. 
Artur już chciał coś do tego dodać, ale Molly mu przerwała:
– Wracasz do domu na święta, kochanie?
– Nie. To znaczy… Jeszcze nie wiem. Zwykle nie obchodzimy świąt.
– Co to znaczy „nie obchodzimy świąt“? – Molly wydawała się tym prospektem wprost oburzona, a potem uniosła ostrzegawczo palec w stronę swojego najstarszego syna. – Williamie Weasley, jeśli natychmiast nie zmusisz tego biednego chłopaka, żeby spędził Boże Narodzenie w Norze, to przysięgam, w przyszłym roku twój sweter będzie różowy!
– O, ja osobiście bardzo chciałbym cię zobaczyć w różowym. – Taffy zmierzwił Billowi włosy, czując się już nieco swobodniej, na co rudzielec złapał go stanowczo za nadgarstek i zmrużył oczy, choć w kącikach ust wciąż czaił się uśmiech, więc jego chłopak poczuł się bezpieczniej. William miał wręcz obsesję swoich włosów. – Nie, żebym nie chciał zostać… To znaczy… – poprawił się szybko. – Dziękuję pani. Chętnie.
– Naprawdę, kochanie: mów mi Molly. – Wstała i ruszyła na górę. – Bill, twój stary pokój będzie odpowiedni, jak sądzę? Zmieścicie się w jednym…
– Kochanie, łóżko Rona jest wolne, zostaje na święta w Hogwarcie, pamiętasz?! – Artur pobiegł za żoną po schodach, a Taffy znowu zaczął się kręcić nerwowo na krześle.
– Twój ojciec mnie nie lubi – mruknął.
– Przyzwyczai się. – Bill wzruszył ramionami. – Nie lubił żadnego z moich chłopaków, ciągle próbuje mnie umówić z córkami kolegów z pracy – dodał, tak swobodnie jak gdyby wcale go ta kwestia nie bolała.
– Mój ojciec pracuje w Ministerstwie – mruknął Taffy, uśmiechając się pod nosem i bawiąc dłonią Billa. – Powiedzmy, że swatanie było… W pięćdziesięciu procentach udane?
– Ja sądzę, że w stu. – Położył mu rękę na karku i przyciągnął po pocałunek, gdy nagle prywatną chwilę przerwał im głośny trzask teleportacji. Ktoś pojawił się w ogródku. Zaraz potem przez drzwi kuchni wychyliła się ruda głowa, a Taffy nie miał wątpliwości, że musiała należeć do jednego z wielu braci Weasley.
– Charlie. – Bill nadal Davida nie puszczał, czując się aż nazbyt swobodnie, podczas gdy były Krukon miał lekki problem z powstrzymaniem rumieńca. – Taffy, to jest mój młodszy brat, Charlie. Charlie, to jest Taffy.
– He, he, no pewnie! Miło cię w końcu poznać! – Zaraz zamknął za sobą drzwi i podał Davidowi pokrytą odciskami szorstką dłoń. Duże oparzenie na szyi natychmiast podpowiedziało pisarzowi, z którym bratem miał do czynienia. Charlie na pewno był smokerem, o którym Bill tyle mu opowiadał. – Rodzice są?
– Znowu się kłócą.
– Jasny gwint! Będą to robić za każdym razem jak sobie znajdziesz faceta?! – Charlie usiadł ciężko na miejscu Artura i zaanektował jego nietkniętą herbatę. – Nie przejmuj się, stary, oni tak mają – zwrócił się do Taffy’ego. – Powinieneś widzieć jak Bill wyszedł z szafy, tata nie odzywał się do niego słowem przez miesiąc. 
– Mówiąc szczerze, zawdzięczam to McGonagall, pamiętasz?
– A tak… Nie wspominając o tym, że twój pierwszy facet był… He, he, he. W Slytherinie, na wszechmocnego Merlina, cóż za abominacja! – Charlie przyłożył rękę do czoła w teatralnym geście omdlenia i siorbnął trochę herbaty, szczerząc do Taffy’ego zęby. Pisarz zaraz zauważył rodzinne podobieństwo, Charlie z pewnością był przystojny: rude włosy i ciemne oczy, a nawet te blizny dodawały mu uroku, chociaż to Billowi dostały się w spadku najlepsze geny, tego był pewien. Mógłby być modelem. Nie, żeby Taffy tego chciał, bo nie należał do ludzi, którzy lubią się dzielić.
– Nie mówmy o tym, co? – William objął go stanowczo w pasie, na co David nieco bardziej się zrelaksował. – Jakoś dojdą do siebie. To znaczy ojciec. Mama zaprosiła Taffy’ego na święta. 
– Coś takiego! Uznałbym to za sukces. – Charlie dopił herbatę, a potem pacnął się w głowę, wypadł na chwilę do ogródka, a potem wrócił, lewitując za sobą swój kufer. – Przywiozłem ci coś z Rumunii! 
– Smoka? – zainteresował się Bill.
– Ta, smoka! Smoka to ty masz w… – Charlie urwał i uśmiechnął się sugestywnie. – Głowie. – Taffy po raz kolejny zauważył rodzinne podobieństwo i po raz kolejny też poczuł jak się czerwieni. Do licha z tymi sugestywnymi Weasleyami!
– Dlaczego ty zawsze wybierasz takich niewinnych? – Charlie wcisnął Billowi krzywo zapakowaną w szary papier paczkę, a Taffy zrobił do smokera minę, która miała być groźna, ale wywołała w nim tylko wybuch serdecznego śmiechu. – Wcześniejszy prezent gwiazdkowy. Idę się przywitać z mamą. – Ruszył na górę. Jego starszy brat wciąż trzymał paczkę i zastanawiał się, czy ją odpakować, ale w końcu położył ją nietkniętą na stole.
– Nie odpakujesz?
– Nie. 
– Masz straszną samokontrolę. – Taffy już nie mógł powstrzymać ciekawości i wiedział, że Bill widział to w jego oczach. 
– Mam.
– I bardzo fajnych braci. – Wyszczerzył zęby, na co Bill uniósł jedną brew. – Oczywiście mi się trafił ten najfajniejszy – dodał szybko.
– Bardzo ładny unik.
– Ależ dziękuję. 
– Poczekaj aż poznasz Percy’ego i bliźniacy wytną ci jakiś numer, zmienisz zdanie.
– Albo polubię was jeszcze bardziej? – Taffy przeciągnął się nonszalancko. – Moja rodzina nie jest tak ciekawa.
Najstarsi bracia Weasley z pewnością dzielili specjalną więź, w końcu między nimi były tylko dwa lata różnicy, z tego co wiedział ci młodsi byli… No, dużo młodsi. Zastanawiał się jacy są, wrodzona dociekliwość i wyobraźnia pisarza zaraz zaczęły kreować w jego głowie przeróżne domysły i warianty.
– Nawet twoja babcia? – zapytał nagle Bill.
– A nie, moja babcia z pewnością ci się spodoba. To znaczy… Jeśli ty spodobasz się jej, inaczej uciekaj jeśli ci życie miłe. Moja siostra też jest nieco walnięta… Właściwie byłoby lepiej gdybyś trochę zaczekał z rodzinną wizytą.
– Teraz już za późno, jestem ciekawy.
– Tego się obawiałem.
Charlie zbiegł szybko po schodach, machając do nich ręką i szczerząc zęby. Zeskoczył z ostatnich dwóch stopni. 
Oi! Zakochana para, śnieg pada! Robimy wojnę na śnieżki?
Taffy oderwał się na chwilę od skupiania całej swojej uwagi na Billu i zerknął za okno. Istotnie, z nieba spadały łagodnie pierwsze płatki śniegu, unoszone powoli przez wiatr. Zima oficjalnie zawitała do Wielkiej Brytanii. Molly Weasley chwilę później przydreptała do kuchni, dzierżąc w dłoniach stertę zimowej pierzyny.
– Bill! Zanieś to na górę, kochanie! – Wcisnęła synowi górę pościeli. – Muszę wszystkim powlec na nowo kołdry, inaczej zamarzniemy tu w nocy! 
– Mamo, to tylko pierwszy śnieg, spokojnie – wtrącił Charlie, ale został zignorowany.
– Chyba wiem, co mówię, jestem twoją matką! Zasuwaj pomóc bratu! Potem będzie mi smarkać przy stole z gorączką, jeszcze czego.
Spojrzała stanowczo na Taffy’ego, który również oczekiwał zadania, ale zamiast tego dostał świeżej herbaty. 
– Nie, tak nie może być, patrzeć na to nie mogę – orzekła po chwili pani Weasley, gdy otaksowała surowo jego krótkie spodnie i t-shirt. Machnęła różdżką i zaraz później z góry błyskawicznie przyleciał do niej, robiony na drutach, pastelowy, turkusowy i dość obszerny sweter z wielką literą „T“, który wręczyła Taffy’emu stanowczo.
– Ubierz się, kochanie. I wesołych świąt!

3 komentarze:

  1. Mam wrażenie, że ten rozdział był inny - taki osobisty i intymny. Powaliła mnie na kolana rozmowa Severa z Owens. Była baaardzo podejrzana, zwłaszcza ten finał. No i oczywiście jestem ciekawa pozostałych pytań. Coś czuję, że Bran dopadnie Snape'a w najmniej oczekiwanym momencie i koncertowo zniszczy. Albo na odwrót. Czasami myślę, że oni są jednak siebie warci, chociaż początkowo nie mogłam się do niej przekonać.
    'Ale tak już działał ten dziwny mechanizm związków międzyludzkich, że przy kimś, z kim spędził młodość w jednym Domu nie potrafił już przybrać osobowości postrachu Hogwartu'. Aww! Ależ to jest cudowne w fanfikach, że możemy się spokojnie pobawić psychologię, a nie po prostu oddzielić wszystkich grubą kreską: dobrzy vs źli. Pewnie trochę bredzę, ale liczę, że wiesz o co mi chodzi :)
    Na koniec absolutnie chwycił mnie za serce homofobiczny Artur. Właściwie pomyślałabym, że jest na odwrót, bo to Molly podejrzewam o wszystkie najgorsze cechy - nie wspominając o obsesji na punkcie dalszego rozrodu Weasleyów. Buahaha! W każdym razie: gratuluję słodkiego slaszyku, yay!

    Kłaniam się pięknie,
    M.Szalona

    OdpowiedzUsuń
  2. Och warto było czekać na tak długi rozdział :D nie mogę się zdecydować, która część podobała mi się bardziej :D jestem totalnie zachwycona Millicentą <3 a rozmowa Snapa z Bran mnie urzekła <3 finał był bardzo ciekawy :D
    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział :D
    święta=jemioła :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Awww <3. Taffy i Bill to nadal moja ulubiona para. Bill to taka zaborcza bestia. Chociaż teraz zaintrygowałaś mnie jeszcze postacią Charliego, on też mógłby być ciekawym tematem na opowiadanie, to be honest. Wasleyowie w ogóle fajnie wyszli, dobrze, że Artur trochę pokazał rogi, nigdy nie wierzyłam, że jest taki absolutnie milusi-milusi. Zderzenie Bran z pociągiem trochę drastyczne, myślałam, że może złapała za przewody pod napięciem jak mój jeden znajomy... Ale w sumie to też drastyczne. :P Millie do boju! Beta w weekend!

    OdpowiedzUsuń