Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

czwartek, 15 października 2015

XV


A/N: Ojej, ojej moi wszyscy kochani, najcudowniejsi Czytelnicy – komentujący, czytający, anonimowi, ujawnieni: nie martwcie się, że są przerwy, to dlatego, że zaczęłam znowu studia i nie mam już czasu na codzienne aktualizacje, ale opowiadanie na pewno nie zostanie zawieszone, bo zaplanowałam już końcówkę ze szczegółami :) Poza tym to zależy też czasem od bety, która jest cudowna i najlepsza, ale ona też jest dorosłą, poważną kobietą haha i nie ma tak dużo czasu jak byśmy wszyscy chcieli. Także nie martwcie się! Czytajcie, bawcie się dobrze, kocham Was wszystkich!




Część XV

Lukrecja Birkie nie spała, choć słońce ledwo co wstało. Od godziny leżała na wznak w nieswoim łóżku i zbierała się psychicznie do trudnego i żmudnego zajęcia: solidnego nawrzeszczenia na samą siebie. W myślach, oczywiście. Jakkolwiek neurotyczna by nie była, jeszcze nie zwykła robić sobie wyrzutów na głos – w razie gdyby ktoś podsłuchał i wykorzystał te wszystkie słabe punkty. Usłyszawszy obok leniwy pomruk i szelest kołdry, znienacka trzasnęła swojego partnera poduszką. Gdy tylko do uszu dobiegł ją satysfakcjonujący okrzyk zdumienia, wstała, zebrała z podłogi ubrania i zatrzasnęła się w łazience. Weszła pod prysznic i nie mogła przestać czuć się jak absolutna kretynka. Oprócz tego nadal drżały jej kolana, a na widok jego żelu pod prysznic nie powstrzymała się i zaczęła wąchać zawartośc plastikowej butelki. Odstawiła ją chwilę później na miejsce, kręcąc z zażenowaniem głową. 
– Idiotka! 
Wyszorowała się zwykłym mydłem, zebrała mokre włosy na czubku głowy i już miała się wymknąć, ale on stanął pomiędzy nią a drzwiami. Z kubkiem kawy, drań jeden, i właściwym sobie uśmieszkiem pełnym wyższości, zwiastującym bardzo złe rzeczy… No, to zależało od punktu widzenia – tudzież leżenia. Podał jej rzeczony kubek, wiedząc dobrze, że nałogom nie umiała się oprzeć, a od poprzedniej nocy – jemu również.
– Nie brałem cię za dziewczynę, która zmyka z samego rana, Birkie.
Parsknęła w kawę i dała się poprowadzić do malutkiej kuchni, która na to miano nawet nie zasługiwała. Po pierwsze, składała się z pustych blatów, czajnika i piekarnika z ułamanymi drzwiczkami. Po drugie, a wiadomości te pochodziły ze źródeł, których absolutnie nie zamierzała nazywać po imieniu, aktualnie nie było w niej też stołu. Po wczorajszej nocy uległ… Wypadkowi. Nieszczęśliwemu, rzecz jasna. Śledztwo w toku.
– Aha – skwitowała tylko, siorbiąc kawę i opierając się o ścianę. – A za jaką mnie brałeś, Pikestone?
Przeciągnął się jak kot i usiadł na blacie, co nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Miał tak długie nogi, że zastanawiała się jak w ogóle udało mu się przeżyć Hogwart uniknąwszy kompleksów z powodu swojego wyglądu. Musiał być wyższy nawet od Dumbledore’a. Z drugiej strony… Po co miałby mieć kompleksy skoro wyglądał w ten sposób? Że też zawsze myślała, że jest raczej brzydki. Teraz kompletnie nie wiedziała dlaczego.
– Za taką co ucieka zaraz po.
– Czarujący jesteś, wiesz? – Wylała resztę kawy do zlewu i rozejrzała się za swoimi butami.
– Muszę iść.
– Właśnie widzę. – Kpiący grymas nadal nie znikał z jego ust, a ona miała ochotę go zdzielić. I zaraz potem pocałować. Co się z nią działo, do licha!
– Naprawdę-…
– Ależ proszę. 
– Gdzie są-…? – Okręciła się wokół własnej osi.
– Pod łóżkiem.
Poszła we wskazanym jej kierunku i schyliła się, by wyjąć swoje trampki. 
– Na Merlina, Quincy, co za burdel! 
Pikestone zaśmiał się pod nosem.
– Dziękuję!
– Tylko ty mogłeś to wziąć za komplement, ty trollu.
– Wczoraj nazywałaś mnie zgoła inaczej.
– Ognista Whisky! – krzyknęła.
– Słucham? 
Wychyliła się, trzymając zguby za sznurówki.
– Naprawdę, spodziewałam się tam chyba jeszcze tylko trupa księżniczki Anastazji.
Quincy, jak na złość wciąż bezczelnie w samych spodniach od piżamy, podszedł do niej kocim krokiem i złapał ją za ramiona, podnosząc zdecydowanie do pionu. Zapatrzyła się na niego, wmawiając sobie, że mimowolnie – co było kompletną bzdurą, bo kiedy tylko wczoraj zrzucił z siebie jedną z tych dziwnych czarnych bluz jakie zwykł nosić i t-shirt z, jak zwykle, obraźliwym nadrukiem, okazało się, że nie mogła się na niego napatrzeć.
Jego ciało przedstawiało sobą kompletny obraz wszystkiego, czym Quincy parał się w życiu: podejrzane blizny, dwa źle zrośnięte żebra po jednej stronie i pewien bardzo interesujący tatuaż na lewej nodze, którego nie pozwolił dokładnie obejrzeć. Uświadomił też Lukrecji jak bardzo nieatrakcyjni byli chłopcy w jej wieku. Poza tym – dlaczego, na wszetecznie czułą Helgę, wszyscy oni upierali się golić na gładko kiedy mogli pozostać z dwudniowym zarostem i wyglądać tak?!
– Pamiętasz, żebym pytał o twoją opinię? – prychnął. – No właśnie, ja też nie.
Trochę ją to ubodło. Więc nadal będą to robić? On miał zamiar jej dokuczać kiedy tylko nie dawała mu wszystkiego, czego chciał? O nie! Tak nie będzie! Nie po tym jakie rzeczy z nią wyprawiał – nie żeby się skarżyła… Zacmokała z dezaprobatą, uśmiechając się krzywo, czego nigdy wcześniej przy nim nie robiła i teraz, szczerze mówiąc, trochę go to wybiło z rytmu.
– Quincy, nie wiem czego się po mnie spodziewasz, ale tego nie dostaniesz. – Poklepała go protekcjonalnie po policzku, choć wymagało to od niej wspięcia się na same czubki palców.
– Biorąc pod uwagę, że już dostałem-…
– Nie. Nic jeszcze nie dostałeś. – To powiedziawszy, zawiązała trampki i wyszła, starając się ze wszystkich sił być obojętna i swobodna. Dopiero gdy wybiegła na ulicę przystanęła i oparła się o ścianę, czując jak mocno wali jej serce.

***

Jeszcze do niedawna Grimmauld Place 12, po dziesięcioleciach kurzu, zaniedbania i samozwańczych porządkach Stworka, stanowiło obraz nędzy, rozpaczy i siedlisko co najmniej tuzina różnych gatunków demonicznych zwierząt magicznych – do których Syriusz w tajemnicy przed Hermioną zaliczał również nieznośnego skrzata domowego. 
Gdy Remus sprowadził krasnoludy, Black nie przypuszczał, by mogło się to skończyć dobrze, zwłaszcza nie po tym ile trwał ten remont i co musieli z wilkołakiem przeżyć w międzyczasie. Pan domu nie sądził też, żeby kiedykolwiek mógł poczuć się w znienawidzonej rezydencji jak w… Cóż, no przynajmniej nie jak w więziennej celi, ale proszę! Lokum zostało nie tylko doprowadzone do stanu używalności, ale odmienione nie do poznania: świeże klepki podłogowe, przyjemnie pachnące drewnem, odnowione meble, jasne tapety i… Nie mógł się powstrzymać: kotary w odcieniach głębokiej czerwieni.
Oczywiście przed Remusem uparcie twierdził, że był ponad to, ale nie: Syriusz nie odmówił sobie tej jednej, ostatecznej zemsty na Blackach. Zaraz po tej, gdzie wszystkie rodowe pamiątki, śmieci i portret mamusi zamknął na strychu – do dziś nie odkrył jak w ogóle udało się krasnoludom odczepić go od ściany, ale był wdzięczny. Mniej więcej. Przez chwilę miał ochotę wsadzić na strych również Stworka, ale… Uświadomił sobie jaką burę dostałby za to od nawróconej niedawno na pomoc społeczną skrzatom Hermiony i zdecydował, że nie warto.
Grimmauld Place, podobnie jak właściciel, z pewnością dostało od życia drugą szansę, a co najważniejsze – w końcu godziło się pokazać je prawdziwej damie. Nie żeby skupiali się za bardzo na podziwianiu nowych tapet…
Madam Malkin wylądowała z powrotem w jego łóżku i pan Black musiał przyznać, że szczególnie tam pasowała. Spędzali razem kolejne bardzo przyjemne popołudnie i wszystko wskazywało na to, że Ariadna zostanie do wieczora – dopóki nie zerknęła na budzik stojący na szafce nocnej i nie poderwała się do wyjścia.
– Jestem spóźniona!
– Ależ nie, kochanie, to stary grzmot, nie działa! – Zegarek jednym kopnięciem został odesłany w niebyt pod łóżkiem. – Zostań. 
– Muszę! Alan ma… Alan i ja mamy dziś gości, nie mogę się spóźnić i muszę jeszcze zajrzeć do pracy i…! Uch, co jest z tym suwakiem! – Wciągnęła na siebie eleganckie spodnium i podeszła do niego, by pomógł jej je zapiąć. Niechętnie, bocząc się jak dziecko, pomógł.
– Już. Szczęśliwa? – burknął.
– Wiesz, że nie. – Odwróciła się szybko i pocałowała go czule. Zanim zdążył ją przy sobie zatrzymać, wyrwała się już w stronę lustra, by poprawić makijaż.
– Więc nadal…?
– Nie zostawię go, przestań! Czekałby go skandal, a ja nie wygrzebię się z plotek do końca życia.
– Mogłabyś-…
Odwróciła się, wzdychając ciężko ze zniecierpliwieniem.
– Jakie niby mam wyjście? – Wpatrzyła się w niego tak intensywnie, że przebiegł go dreszcz. – Już to przerabialiśmy, daj spokój.
– Poza nim? Wiele wyjść! Po co będziesz się godzić na kundelka, hm? – Syriusz przeciągnął się leniwie w pościeli, którą dopiero co ochrzcili. No dobrze, nie dopiero co. W ciągu tygodnia – co najmniej kilka razy.
– Sugerujesz, że ty jesteś rasowy? – Zaśmiała się, za pomocą różdżki przypinając do włosów wsuwki. Odwróciła się z powrotem do lustra, pozwalając, by jeden zabłąkany lok w kolorze platyny opadł jej na oczy. 
– Z rodowodem do tego.
– Czyżby? – wymruczała.
– Mógłbym ci nawet pokazać, gdybym go własnoręcznie nie podpalił. – Mrugnął do niej łobuzersko i w końcu usiadł. Ziewnął, a ona zaśmiała się, gdy zobaczyła jak włosy odstają mu z jednej strony, a z drugiej są komicznie przyklapnięte.
– Z czego się śmiejesz? Nie śmiej się ze mnie, kobieto, skoro już musisz wychodzić! Do niego.
– Nie idę do domu, głupiutki szczeniaczku. Idę do pracy.
– Daj spokój. Miałaś tyle czasu, żeby wymyślić lepszą wymówkę.
– Hm. – Umalowała szminką usta i schowała ją do torebki. – Właściwie nie dałeś mi zbyt wiele szans na skupienie, jeśli wiesz co mam na myśli.
Nieco udobruchany podszedł do niej i objął ją od tyłu. Ariadna wpatrzyła się w ich odbicie w lustrze i pozwoliła sobie na chwilę zamyślenia. Byli naprawdę dobraną parą. Ona – smukła blondynka o szczupłych dłoniach i eleganckich rysach twarzy. On – przystojny, śniady i kompletny łobuz, co nie przeszkadzało mu wcale w byciu gentlemanem. To jest, kiedy akurat miał na to ochotę. Wszystkie te cechy czyniły z Syriusza partię marzeń, mężczyzny pożądanego i nieuchwytnego. Nie mógł rozegrać tego lepiej i w jej skromnym mniemaniu nie powinien też tracić na nią czasu, którego na pewno nie chciał po Azkabanie marnować.
– Syriuszu, muszę wyjść. – Pokręciła głową i wyplątała się z jego objęć.
– Dlaczego go nie zostawisz? – Nawet nie starał się niczego zakryć, za co uwielbiała go chyba jeszcze bardziej. Stał przed nią kompletnie nagi, co wzbudzało w niej… Oczywiście oszałamiające pożądanie, ale też coś jeszcze – Syriusz zawsze był szczery. On po prostu był, podczas gdy tamten…
– Wiesz dlaczego – ucięła krótko.
– Nie, nie wiem. – Obruszył się nieco. Nie lubił, gdy go tak traktowała z góry. – Nigdy mi nie powiedziałaś.
Nadludzkim wysiłkiem oderwała od niego wzrok i podeszła do drzwi.
– Jaka byłaby ze mnie kobieta gdybym leciała nagadać kochankowi na męża, co? – zapytała cicho.
– Nie spotkałem w życiu prawdziwszej kobiety od ciebie. Jesteś wszystkim, jesteś… Piękna! – Objął ją zaraz. – I niedostępna i…
– Przestań!
– Nie! – Odwrócił ją do siebie przodem, uśmiechając się krzywo i dając jej wyraźnie do zrozumienia, że w tym momencie, poza nią, nie dba o nic i o nikogo.
– Nie zostawię go. – Pokręciła stanowczo głową, niemal niszcząc misternie upiętą fryzurę. – Rozwód by mnie zrujnował. Zabierze mi wszystko. Sklep, reputację, pieniądze…
– Co? – Poluzował nieco uścisk, a ona prychnęła z pogardą. No tak. Żył tu sobie w chmurach i bogactwie, podczas gdy ona musiała do wszystkiego dochodzić kłami i pazurami.
– Zgodnie z prawem wszystko należy do niego po połowie – wytłumaczyła cierpliwie. – Czarodzieje są pod tym względem bardzo staroświeccy i jak znam życie, prawnicy Alana już by się postarali, żeby zamienić to w okrągłe sto procent. Kupił mi lokal i wszystkie zyski dzielimy między sobą. 
– Absurd!
– Ale tak właśnie jest! Dlatego wybacz, ale muszę iść. Mój czy nie, pod moją komendą nic nie będzie połowicznej jakości! – Szarpnęła za klamkę i wyszła na korytarz, a on nadal szedł za nią, nadal bezwstydnie nagi. Ale cóż – był u siebie. 
– Ariadno, kochanie, twój parszywy mężulek nie jest jedynym facetem z funduszami w mieście – powiedział nagle, gdy była już przy schodach. Przystanęła, a on oparł się nonszalancko o poręcz.
– Co niby chcesz przez to powiedzieć?
– Nic. – Nachylił się i pocałował ją w policzek. – Absolutnie nic. Oprócz tego, że gdybyś…
– Nie. – Odwróciła się gwałtownie i zbiegła o parę stopni niżej, a on nadal cierpliwie kroczył za nią. – Mogę liczyć tylko na siebie!
– Jak uważasz, kochanie.
Znowu przystanęła i dźgnęła go palcem w mostek.
– Syriuszu Orionie Black, znam to spojrzenie i nie waż się kombinować za moimi plecami!
Wyszczerzył zęby, wziął jej dłoń w swoje i złożył na niej pocałunek.
– Nie śmiałbym, kochanie. Już sam fakt, że wyciągnęłaś z jakiejś piekielnej czeluści tajnych dokumentów moje drugie imię świadczy o tym, że nie ma z tobą żartów. 
– Żebyś wiedział! – warknęła, choć lód w jej oczach wyraźnie topniał. Przysunęła się bliżej.
– Ariadno? – zapytał miękko, wyczuwając, że odzyskał nad nią nieco władzy.
– Hm?
– Czy nie byłaś gdzieś może spóźniona? – wymruczał, a ona położyła mu obie ręce na ramionach i przesunęła po nich z wyraźnym zachwytem.
– I tak już jestem, nie dramatyzuj.

***

– To wszystko twoja wina, Bulstrode! – Fred parskał niczym wściekły smok i rzucał Ślizgonce złe spojrzenia, a przy tym tak mocno szorował miotełką do kurzu wypchanego orła, że prawie odłamał mu skrzydło.
– Słucham?! – Millicenta wcisnęła ze złością ścierkę do wiadra pełnego detergentu, przerywając pucowanie instrumentów magicznych niewiadomego przeznaczenia, których pełno było w klasie do obrony przed czarną magią. – Sam jesteś sobie winien ty przemądrzały-…!
– Ciszej tam, wy dwoje!
Natychmiast umilkli. Wszyscy wiedzieli, że generalnie to ze Snape’em nie należało zaczynać – pod żadnym pozorem, nigdy i w ogóle w życiu, a mimo to od tego roku szkolnego ktoś postanowił przejąć pałeczkę. Ostatnio to profesor Moody siał prawdziwy postrach – zwłaszcza w Domu Węża. Po tym co zrobił z nieszczęsnym Malfoyem cały Slytherin wrzał od plotek, a odkąd Szalonooki odbył sobie z mistrzem eliksirów „przyjacielską pogawędkę“… Cóż, powiedzmy, że Severus nie odpuszczał już nikomu i niczemu, wiał przed nim nawet Krwawy Baron, a szlabany latały na prawo i lewo. Inni nauczyciele zastanawiali się, czy jakikolwiek Dom w ogóle zachował jeszcze jakieś punkty. W zamian profesor Moody, nie dając się zastraszyć, nie ustępował mu w liczbie wymierzanych kar. Szczególnie upodobał sobie karanie Ślizgonów.
– Nie sądzę, żebyś jako Gryfon czasem używał mózgu, ale wbij sobie do tej pustej głowy, że nie miałam z tym nic wspólnego! – Millicenta przysunęła się do Freda, wpijając paznokcie w jego ramię.
– Au! – Strzepnął jej rękę. – Akurat! Wszyscy wiedzą, że chcecie, żeby Warrington wygrał! Podłożyłaś te łajobomby, przyznaj się!
Millie uśmiechnęła się zimno i zadarła podbródek.
– A niby co w tym złego? Tylko Gryfonom wolno wygrywać?
– Bulstrode, Weasley! Ostatnie ostrzeżenie!
Fred pokręcił głową i wymamrotał coś pod nosem, wracając do zeskrobywania gum balonowych spod ławki. Szalonooki siedział przy biurku i udawał, że sprawdza eseje, ale tak naprawdę przyglądał się bacznie tej dwójce. Nie było to coś, co widywało się w Hogwarcie na co dzień: Gryfon i Ślizgonka rozmawiali między sobą jakby… Rzecz jasna się nienawidzili, ale jednocześnie mieli jakiś wspólny sekret. Nie podobało mu się to ani trochę.
– Jasne. Unikaj odpowiedzi! – Millicenta spryskała kolejne zakurzone ustrojstwo magicznym płynem do czyszczenia powierzchni metalowych. – Typowy facet. 
– Co ty możesz o tym wiedzieć!
– O facetach? – Parsknęła, dalej zawzięcie szorując i polerując. Miała dziewczyna samozaparcie, Fred musiał to przyznać. Jemu już powoli odpadały ręce. – Chciałbyś wiedzieć, co? Nie. Nic ci nie powiem. Zaraz polecisz wypaplać tym swoim Gryfonom.
– Co? Tak, chciałabyś. Nic im o tobie nie mówię!
– Więc coś o mnie wiesz? – Przerwała i wbiła w niego spojrzenie tak przenikliwe, że niemal dorównała w tym Molly Weasley. – Co? 
– Nic! – Był nieco spanikowany. – Być może to dla ciebie niewiarygodne, Bulstrode, ale w ogóle o tobie nie myślę!
– Jasne! – parsknęła. – To dlatego prawie mi wydrapałeś oczy po tamtym meczu.
– Jakim meczu?
– W zeszłym roku! 
– Nie wiem o czym mówisz.
– Jasne! Oczywiście, że nie wiesz. Jestem lepszym pałkarzem od ciebie, po prostu to powiedz!
– Weasley, Bulstrode, ja was ostrzegam!
– Co?! Większej bzdury w życiu nie słyszałem, oczywiście, że-…!
– Być może będzie to dla ciebie zaskoczeniem, Weasley, ale nie zaprosiłem tu waszej dwójki na herbatkę towarzyską! – Moody wstał gwałtownie zza biurka i już miał zamiar dać niepokornej dwójce więcej nadgodzin nad brudnymi sprzętami i ławkami, gdy wtem na korytarzu rozległ się nieprawdopodobny hałas, rumor, zaraz potem wybuch i dźwięk… Co najmniej walącego się Hogwartu.
– Co to za jazgot? – Stary auror zmrużył podejrzliwie oczy i czym prędzej – to jest, na tyle prędko, na ile pozwalała jego drewniana noga – wyszedł z pracowni, przedtem rzucając skazańcom ostre spojrzenie z cyklu „Wywińcie no tylko jakiś numer…!“. Kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, Fred i Millicenta spojrzeli na siebie jednocześnie, wciąż trochę poddenerwowani wcześniejszą awanturą. Nie było wiadomym które konkretnie zrobiło pierwszy krok, ale chwilę potem Weasley złapał ją za szatę, ona szarpnęła go za włosy i ich usta złączyły się w namiętnym pocałunku.
Teoretycznie Fred był świadom źródła tajemniczych hałasów – zawsze w ten sposób odwracali z George’em uwagę, by ten drugi mógł się wymknąć ze szlabanu. Tyle tylko, że teraz zakochany po uszy bliźniak był dokładnie tam, gdzie chciał być od bardzo dawna i ani mu się śniło opuszczać klasy. Chwili szczęścia nie mógł zburzyć nawet wściekły okrzyk Szalonookiego, który nastąpił potem i którego poziom decybeli zdecydowanie przekraczał dopuszczalną granicę:
– WEASLEY! BULSTRODE! MINUS DWADZIEŚCIA-…! MINUS PIĘĆDZIESIĄT-…! – Nie mogąc się zdecydować komu w końcu odebrać punkty i dlaczego, ryknął tylko znowu i rozdzielił ich zdecydowanym szarpnięciem. – NATYCHMIAST PRZESTAŃCIE! 
Zgorszony auror dopilnował, by każde z uczniów czym prędzej wróciło do swojego własnego dormitorium, ale i tak żadna siła nie mogła ich zmusić, by  tej nocy zasnęli. Usta Millicenty wciąż ją dziwnie mrowiły, a Fred przeleżał na wznak do rana, gapiąc się bezmyślnie w sufit i ignorując otaczający go świat. Jeśli to nie była dziewczyna jego marzeń, to musiał przyznać, że bardzo ją przypominała.

***

Pierwsze zadanie turnieju zbliżało się wielkimi krokami i, ku swojej irytacji, wyglądało na to, że Hermiona denerwowała się dużo bardziej niż Harry. Rita Skeeter była w zamku coraz częstszym gościem i zdawało się, że im bardziej Harry jej unikał, tym więcej plotek na jego temat pojawiało się w „Proroku Codziennym“.
– Potter! Stara Skeeter zaserwuje nam dzisiaj jakieś świeże newsy? – zawołał Draco Malfoy ze stołu Slytherinu. 
Jego denerwujący głos poniósł się po Wielkiej Sali, przerywając lunch. Ostentacyjnie rozpostarł przed sobą gazetę. 
– Zobaczmy… Zaginięcia mugoli, bzdety, bzdety, bzdety… O! „Harry Potter, Chłopiec Który Przeżył, wyjawia wielki sekret dotyczący pierwszej dziewczyny“! – Malfoy zarechotał, a zaraz za nim większość Ślizgonów. – Na Merlina, Potter, ty i Łasic w końcu daliście anons do kolumny towarzyskiej?
Wtem „przypadkowe“ Incendio trafiło w gazetę, która w jednej chwili zmieniła się w szary popiół i wylądowała w owsiance Dracona. Hermiona schowała nonszalancko różdżkę do torby, patrząc na Malfoya z obrzydzeniem.
– Ty…! Poczekaj aż profesor Snape się o tym dowie!
– Malfoy, błagam cię, przestań się kompromitować – żachnęła się Gryfonka. – Gdybyś był dwa razy mądrzejszy, wciąż byłbyś największym kretynem w tej szkole, więc może łaskawie zajmij się sobą.
Od strony stołu Gryfonów poniósł się radosny pomruk chichotów. Wściekły do granic możliwości Ślizgon już wyciągał własną różdżkę z kieszeni szaty, gdy nagle na stół Gryffindoru padł wyjątkowo mroczny cień.
– Granger. Bawimy się zaklęciami przy jedzeniu? – wycedził Snape, patrząc z zadowolonym uśmieszkiem na zaciętą minę Gryfonki.
– Minus dziesięć punktów i szlaban, jak sądzę! – Uśmiechnął się wyjątkowo okropnie, nawet jak na siebie. – Czyżby znudziło ci się przestrzeganie szkolnego regulaminu, Granger?
– Profesorze, to Malfoy-…!
– Milcz, Potter! Kolejne dziesięć punktów za wyraźną próbę wygryzienia z Turnieju drugiego reprezentanta. – To powiedziawszy, szczególnie zadowolony z grozy jaką siał, pomaszerował w stronę stołu nauczycielskiego.
– Ale przecież Warrington nawet tam nie siedzi – szepnął Ron, gdy Snape już sobie poszedł.
Hermiona tylko wzruszyła ramionami, wracając do rozpisywania tabeli numerologicznych. Miała stanowczo ważniejsze sprawy na głowie. Pomiędzy swoim stowarzyszeniem WESZ i nauką naprawdę nie mogła poświęcać czasu humorom Snape’a i wybrykom Malfoya.
– Ktoś tu ma dobry dzień… – Bran podsunęła Snape’owi dzbanek z kawą. – Nie ma to jak zapach łez Gryfonów o poranku?
– Owens, być może dla niektórych to rano, ale pragnę cię uświadomić, że jest południe.
– Nie moja to wina, że boisko jest zamknięte. Nie masz może wrażenia… – paplała, ale Snape zignorował ją całkowicie, wpatrując się podejrzliwie w stół Slytherinu i oddając własnym niepokojom. Jedno miejsce było puste od rana. Odkąd Kasjusz Warrington został wybrany na reprezentanta, mistrz eliksirów oczywiście nie mógłby być bardziej zadowolony – jego Dom w końcu miał szansę na swoje pięć minut sławy i chwały, ale niestety im bliższy był termin pierwszego zadania, tym częściej drugi reprezentant Hogwartu opuszczał posiłki.
– Snape? Snape! – Pstryknęła palcami przed jego nosem, a on, wyrwany brutalnie z własnego świata, spojrzał na nią ze świętym oburzeniem.
Bran, uśmiechając się z wyraźnym zadowoleniem, odebrała mu dzbanek.
– Więc. – Napełniła swój kubek, konwersując tym swoim specjalnym tonem, który Severus rozpoznał jako zapowiedź dzielenia się plotkami. – Słyszałam, że wczorajszy szlaban u Moody’ego był owocny w sceny powyżej lat siedemnastu?
– Nie wiem o czym mówisz. – Co też sobie myślała, że będą razem szeptać po kątach?! Był poważnym człowiekiem!
– Oczywiście, że nie. – Mrugnęła do niego łobuzersko, a on starał się ją teraz zignorować ze wzmożonym wysiłkiem. Niestety, koncentracja została zburzona. Był na nią skazany.
– Snape, nie możesz przeżyć tego, że dał szlaban twojej Ślizgonce, tego, że ona i Weasley są w sobie zakochani, czy tego, że on jest rudy? – Bran spokojnie sięgnęła po koszyk z chlebem, który on złośliwie zabrał z jej zasięgu.
– Jesteś obrzydliwa. 
– No rzeczywiście! – żachnęła się. – Dwoje młodych ludzi za sobą przepada, to faktycznie ohydne. Wielki Boże, Snape, kto ci zrobił krzywdę?
Powinna była ugryźć się w język, gdyż prawdopodobnie odpowiedź na to pytanie brzmiała „wszyscy“. Ale niestety, słowa padły, on zgrzytnął zębami i, powiewając szatami szczególnie wściekle, pomaszerował do lochów, zostawiając ją z wrażeniem, że chyba nigdy go nie rozgryzie.




10 komentarzy:

  1. Ja pierwsza! Zaklepuję sobie, klepane należy do klepiącego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę czytać i indżojować, a nie się klepać! :)

      Usuń
    2. Czytam i indżojuję, spokojnie. Ale jakbym nie zaklepała, to by mi się nie chciało komentować.

      Miło było pomyśleć sobie o Quincym jako kimś przystojnym. Naprawdę świetna odmiana, bo niby taki brzydki, a tu jednak niespodzianka. Fajnie byłoby mieć faceta z długimi nogami - pomaga w sklepie, jak nie sięgasz do którejś półki. Chociaż gdyby porównywali go wtedy do Dumbledore'a to bym się trochę wkurzyła. No bo nie żeby cos ale on w moich wyobrażeniach zbyt przystojny nie jest, a Quincy'ego jednak mimo wszystko można znieść. Ja bym go nawet z przejemnością znosiła.

      Millicenta i Fred? Nie wiem co myśleć o romantycznej scenerii czyszczenia wszystkiego po wybuchu podstępnie podłożonej łajnobomby, ale podryw na mecz Quidditcha bardzo fajny. A poza tym szykuje się następny sweter na święta. Millicentę widziałabym we fioletowym.

      Syriusz i Ariadna to chyba nowa para roku zaraz po Branwen i Snape'ie. Porównanie do kundelków i psów z rodowodem bardzo aprobuję, tylko jak zaczęłam sobie wyobrażać psa podpalającego drzewo genealogiczne to nie wiedziałam co o tym myśleć. Ale ogólnie cud miód scena. I słodka, a nie przeslodzona.

      No i Bran. Dziewczyna daje popalić biednemu Nietoperzowi, ale to dobrze, niech się przyzwyczaja, bo (mam nadzieję) będzie musiał ją jeszcze długo znosić. Swoją drogą, skoro Weasleyowie mają swetry, to co Snape daje jako ich substytut? Czarne peleryny?

      Pozdrawiam i życzę weny, no i przepraszam za brak logiki w komentarzu, ale jestem żywym trupem.

      Usuń
    3. Dziękuję, komentarz cudny i pamiętajmy: one karmią Wena :) Quincy właśnie na pierwszy rzut oka (drugi zresztą też) nie jest przystojny, on tylko ma swoje momenty i takie ewentualnie elementy ładne, które trzeba odkryć. Nietoperz natomiast niczego nie daje, on tylko sarka i prycha, ewentualnie może nie zabić.
      Pozdrawiam ciepło,
      O.

      Usuń
  2. Kwik!

    No dobra, rozdział, który tak się zaczyna, nie może być zły. Zniewalający zapach męskiego żelu pod prysznic połączonego z ewidentną chemią wprawił mnie z miejsca w kompletną głupawkę. Oł jeeeee! Quincy zdecydowanie zdetronizował w tym fiku biednego Severa i wiem, że powinno mnie to niepokoić (a wiem, bo Sever zerka na mnie z biurka i aprobująco kiwa głową), ale jakoś zupełnie mi to nie przeszkadza. Go, Qu! Dobrze jednak, że już dawno zapomniałam, jak wyobrażałam sobie Q na samym początku, bo mogłoby to być nieco kłopotliwe... Hihihi.
    Aha, no i Quincy mieszka w moim pokoju, bez kitu. Bogowie wiedzą, co leży u mnie pod łóżkiem, nigdy tam nie zaglądałam... Boję się.
    Ach, różowo było bardzo, ale to też bardzo dobrze. Wiosna w jesieni... Czemu nie?

    Kłaniam się nisko,
    M. Szalona

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje serce podbił trup księżniczki Anastazji.
    Poza tym, mrr, Syriusz wciąż taki amant. MM powinna poważnie rozważyć jego ofertę. Albo znaleźć jakiś sprytny sposób, żeby się usamodzielnić - jakiś subtelnie śmiertelny wkład do herbaty dla męża? Severus na pewno coś jej odsprzeda pod stołem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli Sever się skapnie, że Black jest bezpośrednio zaangażowany, to... Nie ma na świecie dość galeonów, żeby się zgodził :D

      Usuń
    2. I w tym momencie stworzyłyście mi bardzo dobry wątek :D <3

      Usuń
    3. Tak, tak! To będzie epickie! Fragment o nastoletnim Snejpie handlującym eliksirami i wypracowaniami najbardziej zapadł mi w pamięć :)

      Usuń
  4. Ooooo rozdział mega! �� dobrze, że wrocilas :-D nie jestem w stanie się zdecydować, który wątek podobał mi się najbardziej bo wszystkie części rozdziału są świetne :-D Fred do boju!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń