Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

sobota, 26 września 2015

XII

A/N: Witam w nowym roku szkolnym! ;) Na szczęście tym hogwarckim, bo na mój wcale się nie cieszę. Betowała Wee.


Tom drugi: Volans Chaos est et magicum

Część XII

Ariadna Malkin zawsze uważała, że kobiety prawdziwie eleganckie wymykają się jakimkolwiek klasyfikacjom. Ścisła, chłodna perfekcja jest przeciętna – idealny, bezbłędny szyk był dla niej osiągalny, nie istniała taka rzecz jakiej madam Malkin nie potrafiłaby uszyć, tylko… Po co? Jedyne kobiety, które zamawiały takie stroje to te wszystkie przeklęte arystokratki pokroju Narcyzy Malfoy czy Grety Bulstrode. Pierwsza krawcowa magicznej Anglii nienawidziła czystokrwistych snobów i wszystkiego, co sobą reprezentowali, dlatego najchętniej szyła stroje dziwne i wymyślne, a jeszcze chętniej – inspirowane mugolami.
Prywatne biuro madam, mieszczące się na tyłach sklepu na Pokątnej, nie odznaczało się specjalną przestronnością. Po podłodze walało się mnóstwo ścinków materiałów i kawałków nici, na dużym blacie przymocowanym do ściany królowała zabytkowa maszyna do szycia Singera, a w kącie lewitowała stara, mosiężna popielniczka, którą Ariadna ciągle zapominała opróżnić. Okno było zawsze otwarte, w razie gdyby sowią pocztą miało nadejść niespodziewane zamówienie. Na ścianie wisiały zaś dwie tajemnicze fotografie, nieco schowane wśród setek porozwieszanych wokół plakatów z wykrojami i modą z lat trzydziestych – jej ulubioną epoką. Starsze zdjęcie przedstawiało młodą dziewczynę: dużą, z krzywym zgryzem, podwójnym podbródkiem i niemodną fryzurą. To obok było portretem Ariadny Malkin, takiej jak wyglądała dziś: z perfekcyjnymi brwiami, zgrabną, owalną twarzą i eterycznym spojrzeniem spod ciężkich powiek. Nikt by się nie domyślił, że te dwie są jedną i tą samą osobą, a fotografie dzieli zaledwie kilka lat. 
Krawcowa zachowała obydwie: żeby nie zapomnieć i nigdy nie stać się ucharakteryzowaną Narcyzą, wiecznie na obcasach i w niewygodnych, obcisłych gorsetach. Ariadna, gdyby mogła, wszystkie sprawy załatwiałaby w kapciach. Zmuszała się do noszenia eleganckich kreacji ze względów zawodowych i wcale tego nie lubiła, choć trzeba przyznać – miała gust. Pomimo wszystko, w nowej skórze pozostała wciąż tą samą przysadzistą dziewczyną, która dwadzieścia lat temu przybyła do Anglii z ubogiej Bułgarii.  W duchu zawsze śmiała się ze wszystkich Malfoyów, Averych i Crouchów, że tak łatwo udało jej się wywieść ich w pole i przekonać, że należy. Niemniej jednak, zachowała szczególny sentyment do jednego z rodów i kiedy po tych wszystkich latach w Azkabanie Syriusz Black stanął w drzwiach jej sklepu, prawie dała po sobie poznać radość – ale tylko prawie.
– Panie Black – stwierdziła poważnie, starając się nadać głosowi jeszcze więcej tajemniczej chrypki. – Nieomal pana nie poznałam. Ostatnio prezentował pan zgoła odmienny image. – Pozwoliła sobie na małą złośliwość, którą Syriusz skwitował łobuzerskim mrugnięciem.
Istotnie, szaleniec z pierwszych stron gazet był teraz jedynie wspomnieniem. Biorąc pod uwagę okoliczności, oczyszczony z zarzutów Black prezentował się świetnie. Nie stracił wiele ze swojego młodzieńczego uroku, dzięki Merlinowi. Opanował też bałagan na głowie – teraz nosił włosy do ramion, spięte z tyłu w kucyk, i ściął paskudną brodę dziada borowego.
– Madam Malkin. – Sprężystym krokiem podszedł, skłonił się szarmancko i pocałował ją w dłoń, patrząc na nią chwilę z dołu z tym błyskiem w szarych oczach, który swego czasu był znajomy wszystkim ładnym dziewczętom w Hogwarcie. W końcu się wyprostował i rozejrzał po sklepie. – Mały dziś ruch. 
– Jeśli przychodzi się na godzinę przed zamknięciem… – Nie mogła sobie darować odrobiny pretensji.
– Moje szczęście. Możemy być tylko we dwoje. – Wsadził ręce w kieszenie wytartych dżinsów. Jedynie ubranie nie pasowało do kompletnego obrazka przystojniaka Gryffindoru. Ciuchy, mugolskie, niedopasowane i szczególnie schodzone, wyglądały na nim fatalnie. – Madam, potrzebuję pomocy. – Rozłożył szeroko ręce i obrócił się dookoła. Stare trampki zaskrzypiały na posadzce.
– To nie ulega kwestii. – Ariadna machnęła różdżką i z dużego kufra pod ladą wyleciał magiczny centymetr, który zaraz rozpoczął na Syriuszu stosowne pomiary. Krawcowa pokręciła głową, jeszcze raz lustrując byłego więźnia od stóp do głów. – Skąd pan wziął te szmaty?
– Nie chcesz wiedzieć.
– Panie Black…
– Syriusz. Proszę. – Uśmiechnął się szeroko, po czym uniósł brew w stronę centymetra, który zjechał odrobinę zbyt nisko jak na mierzenie obwodu w pasie. Ariadna jednym zaklęciem spacyfikowała niesforny przedmiot i spojrzała na Blacka z wyższością, chociaż kosztowało ją wiele samozaparcia, by nie ulec jego urokowi. Ponownie.  
– Bardzo dobrze – Syriuszu. 
– Ile to czasu minęło?
– Będziesz pytać kobietę o upływ czasu? – Zacmokała z dezaprobatą, choć na ustach pociągniętych ciemną szminką czaił się uśmieszek. – Straciłeś swój dryg.
Prawie zastrzygł uszami – gdyby tylko znała go lepiej, wiedziałaby, że nie takie rzeczy potrafił, choć akurat ona nie powinna zagłębiać się w te tematy. To mogło zburzyć porządek i reżim, który narzuciła sobie przez ostatnie dwanaście lat.
– Na co mamy ochotę? Szaty? – Przejrzała od niechcenia katalog wykrojów, który leżał na ladzie w centrum sklepu. Oparła łokieć na szklanym blacie i spojrzała na Blacka uważnie. 
Tak naprawdę, odkąd tu wszedł wiedziała w co go ubrać – co będzie pasowało, co wyglądałoby fenomenalnie, a co byłoby przy jego sylwetce niedopuszczalne. Niestety, klienci rzadko zdawali się na jej gust, a szkoda. Być może wtedy po Pokątnej spacerowałoby mniej porażek rodem ze słynnej listy Richarda Blackwella. Czasem madam Malkin zastanawiała się, czy nie stworzyć własnej listy „10 najgorzej ubranych kobiet“ w miesiącu. Choć, gdyby ktoś kiedykolwiek wpadł na takie zapiski, mogłaby stracić wiele klientek… Ach, czemu czarownice nigdy nie słuchają dobrych rad!
– Myślałem raczej o garniturze. – Przeszedł się po sklepie, oglądając stojące wokół zabytkowe manekiny i te na wystawie, prezentujące najnowsze kroje szat i tiar. – Kiedyś zrobiłaś mi fantastyczny. Pamiętasz?
– Garnitur? Nie pamiętam. – Jej oczy zalśniły i zamknęła z trzaskiem katalog wykrojów. Odwrócił się zaraz, przestając udawać, że witryna sklepowa jakkolwiek go interesuje.
– Kłamczucha.
Wyciągnęła z szuflady długą, czarną fifkę i wsadziła w nią papierosa. Syriusz uśmiechnął się na ten widok, a ona uznała, że stanowczo zbyt często się szczerzył jak na kogoś, kto ledwie rok temu mógł flirtować jedynie z dementorami.
– Nie rzuciłaś?
Machnęła od niechcenia ręką i zaciągnęła się głęboko, obchodząc go dookoła.
– Nie mam czasu. 
– Mąż? 
Milczała i tylko wypuszczała z ust dym, zbierając palcami przydużą koszulkę, którą miał na sobie i udając, że to wszystko w celach ściśle profesjonalnych. Teraz z kolei on siedział cicho. I dobrze. Ariadna zawsze wychodziła z założenia, że słowa są bezużyteczne, ale za to garnitur – nigdy.
– Więc? Jakieś pomysły? – zapytał w końcu, nienaturalnie wyważonym głosem. Odchrząknął zaraz, a ona pstryknęła palcami tuż nad jego uchem. 
– O tak! – Wygładziła swoją czarną koszulę, idąc sprężystym krokiem w stronę jednego z manekinów, w którego brzuch dość dramatycznie wbito długie, krawieckie nożyce. 
Syriusz złapał jej spojrzenie, a ona tylko uniosła jedną brew, udając, że w ogóle nie pamięta jak niebezpieczne narzędzie mogłoby się znaleźć w takim miejscu. Machnęła różdżką, zrzuciła czarne szpilki w kąt i podeszła do byłego więźnia. Z szafy tymczasem wyleciały bele czarnego, grafitowego i granatowego materiału, które zaczęły się rozwijać w powietrzu, tworząc wokół nich falujące wstęgi. Ariadna dmuchnęła dymem w sufit i uśmiechnęła się do Syriusza niemniej szelmowsko niż on wcześniej. 
– Rozbieraj się, panie Black. 
– Ależ. – Zdjął z siebie w pośpiechu t-shirt, najwyraźniej nie mając z jej komendą większego problemu. – Teraz już naprawdę moglibyśmy sobie mówić po imieniu.

***

Wuj Vernon, będąc na ostatnich nerwach, otworzył zamaszyście drzwi łazienki, w której ciotka Petunia siedziała od dobrych dwudziestu minut i odmawiała wyjścia. Na szczęście jedyny zamek stanowił haczyk, który teraz, nie mogąc się mierzyć z siłą pięści pana Dursleya, dyndał smętnie z framugi. Harry wciąż tkwił przy stole, gdzie Dudley męczył narzuconego mu nową restrykcyjną dietą grapefruita. Kuzyni chyba po raz pierwszy w życiu postanowiło się w czymś zgodzić i siedzieli cicho, podczas gdy państwo Dursley załatwiali na górze niezwykle ważne, dorosłe sprawy:
– Petunio, CO ROBISZ?! – zagrzmiał Vernon, gdy ciotka Petunia z oburzeniem wyrwała mu klamkę.
– PRZEŻYWAM!
– Co znowu?!
– ZAŁAMANIE NERWOWE! – Trzasnęła drzwiami tak głośno, że nieomal wypadły z zawiasów. Vernon ryknął, a Harry nie musiał nawet przy tym być, żeby widzieć oczyma wyobraźni głębię czerwieni na jego twarzy.
– No. Tym razem dałeś czadu. – Dudley pokręcił głową, a Harry wpatrzył się w grapefruita ze szczerą nadzieją, że kuzyn pryśnie sobie sokiem w oko. – Naprawdę się wyprowadzasz?
– Jeszcze nie wiem – odparł cicho młody czarodziej, czując jak serce bije mu mocno.
Z góry wciąż dobiegały dźwięki kłótni, teraz trochę cichsze, ze względu na najważniejsze pytanie w życiu każdego porządnego Anglika: co ludzie powiedzą? Harry’ego nie mogłoby to jednak mniej obchodzić. Jeszcze pół godziny i być może opuści znienawidzony dom Dursleyów na zawsze. Nigdy wcześniej nie pragnął niczego tak bardzo jak tego. A jeśli jutro o tej porze będzie całkiem gdzie indziej? Harry jeszcze nie wiedział gdzie, ale tam na pewno czekała na niego prawdziwa rodzina. 
– Petunio, nie rób scen! Nie…! PETUNIO! Sąsiedzi! – Wuj Vernon uciekł się do ostatecznej próby przywołania żony do porządku, ale wyszło mu raczej kiepsko.
– Nic mnie to nie obchodzi!
– Więc o co chodzi?!
– O nic!
– Petunio, chodzi o ludzi tego pokroju? Nie musimy ich wpuszczać, Petunio, jeśli tylko-…
– VERNON!
Harry aż się wzdrygnął, gdy rozległ się ponowny trzask drzwiami. Wiedział, że wuj miał na myśli jego, jego matkę i innych czarodziejów. Zastanawiał się, czy powinien w ogóle brać to do siebie, a w końcu postarał się po prostu o tym nie myśleć. Kiedy punktualnie o siedemnastej w domu na Privet Drive pod numerem cztery rozbrzmiał dzwonek do drzwi, otworzył je wuj Vernon. Myślał, że będzie w stanie to znieść, ale nie. Widok mężczyzny, który jeszcze niedawno był pokazywany w wiadomościach jako niebezpieczny zbieg, a teraz stał na jego progu, kompletnie wybił mugola z rytmu. Zdobył się jedynie na obrzucenie jegomościa nieprzychylnym spojrzeniem, nieuściśnięcie wyciągniętej do niego ręki i przesunięcie się w drzwiach. 
– Panie Dursley. – Syriusz starał się nie okazywać zaskoczenia, chociaż wyglądało na to, że wcześniejsze opowieści Harry’ego o jego życiu u wujostwa wcale nie były przesadzone. Wielki Merlinie, a ten wieloryb przy stole musiał być tym słynnym kuzynem. Syriusz zmarszczył nos, ale niemniej jednak jemu też się uprzejmie przedstawił. Dudley, który doświadczenia z magią miał raczej znikome i pomimo wszystko nieprzyjemne, pozostał na swoim miejscu. W końcu Harry poszedł uściskać ojca chrzestnego tak mocno, że prawie połamał mu żebra.
– Cześć, dzieciaku! – Syriusz zmierzwił mu włosy, co przyprawiło wuja Vernona o nerwowy tik w oku. 
– Idziemy? – Harry wpatrywał się w niego z nadzieją, ale Black odchrząknął tylko.
– Jeszcze nie. 
Syriusz był naprawdę odmieniony. Harry prawie go nie poznał. Miał na sobie elegancki czarny garnitur, którego nawet mugol nie podejrzewałby o bycie skrojonym u madam Malkin. Wyglądał po prostu rewelacyjnie. Chłopak nie mógł się w nim teraz dopatrzeć tego obdartego więźnia z zapuszczoną brodą i zapadniętą twarzą.
– Być może moglibyśmy gdzieś usiąść, panie Dursley? – Syriusz naprawdę starał się być uprzejmy, ale widok miny i stopień czerwoności twarzy wuja Harry’ego trochę mu to utrudniał. – Mam nadzieję, że dostał pan mój list-…
– Tak! – wtrącił Vernon, nieco zbyt głośno. 
– W takim razie wie pan, że przyjdzie ze mną jeszcze jeden-…
– WIEM. Umiem czytać, szanowny panie!
Wtem z góry schodów dobiegło ciche skrzypienie, a zaraz potem zeszła po nich ciotka Petunia, której Harry nigdy wcześniej takiej nie widział. Miała na sobie czarną sukienkę i takie same eleganckie czółenka, a blond włosy rozpuściła na ramiona, co nieco odwracało uwagę od jej nienaturalnie długiej szyi. Zeszła do salonu jak gdyby miał ją tam przywitać sam ambasador Maroka wraz z księżną Grace Kelly. 
Harry spojrzał w osłupieniu na Syriusza, który z kolei wpatrywał się w Petunię i starał się zdecydować, jaka reakcja byłaby najodpowiedniejsza. Na pewno nie ta, na którą miał największą ochotę: histeryczny chichot. Opanował się jednak, resztkami sił, ale jednak – najwyraźniej nauki etykiety Walburgi Black nie poszły w las.
– Jak się masz, Petunio? – Wyciągnął do niej rękę i ukłonił się elegancko, a Harry mógłby przysiąc, że ciotka spłonęła rumieńcem. Ale przecież to było niemożliwe – nigdy wcześniej nie widział, żeby robiła coś podobnego.
– Świetnie – odparła, nienaturalnie piskliwie.
– Petunio? – Vernon tym pytaniem chciał najwyraźniej wyrazić najgłębsze powątpiewanie w poprawność stanu jej psychiki.
– Vernonie, dlaczego nie podałeś herbaty? Już po piątej! – Petunia natychmiast zakręciła się w kuchni, gdzie Dudley na widok tak eleganckiej matki zrobił coś, czego nie miał w zwyczaju: oderwał się od jedzenia. Vernon zaraz ruszył do salonu, ale obejrzał się jeszcze na Syriusza, próbując wybadać, czemu ten gagatek miał u licha taki wpływ na jego żonę. Black stał jeszcze chwilę w hallu i tylko kręcił głową.
– W ogóle niepodobna do Lily – mruknął do Harry’ego.
Weszli razem do kuchni, a młody Gryfon nie mógł powstrzymać uczucia podniecenia jakie narastało mu w żołądku.
– Petunio?
– Ten imbryczek po prawej, Vernonie, proszę.
– Petunio.
– I myślę, że earl grey, prawda? – Wychyliła się zza szafki i uśmiechnęła do Syriusza, a Harry’emu szczęka opadła. Kiedy ostatnio widział, żeby ciotka się uśmiechała?! W ciągu ostatnich czternastu lat… Nigdy.
– Earl grey brzmi świetnie, dziękuję. – Syriusz zajął miejsce przy stole obok Dudleya, który zaraz zbladł.
– PETUNIO!
– Vernonie, czemu się wydzierasz?
Pan Dursley nie do końca potrafił sprecyzować swoje uczucia. Gdy dzwonek do drzwi rozbrzmiał ponownie, a żona spojrzała na niego stanowczo, po prostu poczłapał do hallu, nie przypuszczając nawet jaki szok czeka go po drugiej stronie.
Albus Dumbledore rzadko kłopotał się z ukrywaniem tego, kim naprawdę był. Kiedy tylko wuj Vernon otworzył drzwi, spełniło się więcej jego najgorszych koszmarów. Oto przed nim stał starszy pan z brodą tak długą, że sięgała mu pasa i takimiż włosami. Na haczykowatym nosie, który wyglądał jak gdyby dawno temu został złamany, spoczywały okulary-połówki. Wszystko, zaczynając od srebrnych, długich włosów i na karmazynowych szatach kończąc, nie zgadzało się w tym człowieku z życiowymi zasadami Dursleyów, niemniej jednak było w nim też coś takiego, co nie pozwalało tak po prostu zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.
– Panie Dursley, jak się pan miewa? Nazywam się Albus Dumbledore i…
– Tak, tak. Bardzo miło. – Wuj Vernon nieomal wciągnął dyrektora do domu, rozejrzawszy się jeszcze, czy żaden sąsiad nie widział takiego dziwadła na jego progu. Potem zatrzasnął za Dumbledore’em drzwi i pokazał mu oszczędnym gestem kuchnię. Czarodziej uśmiechnął się uprzejmie, nie dając po sobie poznać, że dziwią go co nieco tak obcesowe maniery.
Harry nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek mógł traktować tak wielkiego maga z takim brakiem taktu i szacunku. Siedział teraz w zdumieniu, którego nie podzielał Syriusz, obojętnie pijąc herbatę i starając się nie łapać spojrzeń ciotki Petunii. Niewzruszony niczym Albus Dumbledore zajął miejsce przy stole.
– Witaj, Harry. – Uśmiechnął się do niego ciepło.
– Dzień dobry, profesorze. – Pod stołem chłopak próbował powstrzymać nerwowe drganie jednej nogi, ale szło mu nadzwyczaj kiepsko. To było takie surrealistyczne. Widzieć czarodziejów siedzących przy stole u Dursleyów – chyba najbardziej niemagicznych ludzi w całej Wielkiej Brytanii.
– Tak, wydaje mi się, że macie państwo do mnie jakieś pytania, prawda? O, dziękuję pani. – Dumbledore przyjął filiżankę z rąk Petunii, która usiadła naprzeciwko Syriusza i wpatrzyła się w niego jak w obraz. On, nawet jeśli miał coś przeciwko, zajął się swoją herbatą i nic nie mówił. Co jakiś czas mrugał tylko do Harry’ego łobuzersko.

„Oczywiście, że to on“, pomyślała. „Prawie nic się nie zmienił.“

Wuj Vernon milczał, a Dudley wciąż patrzył na obydwu czarodziejów z głębokim niepokojem. Tymczasem pani domu ruszyła w podróż do przeszłości i nie rejestrowała niczego, co działo się wokół niej.

***

Młody mężczyzna na zdjęciu przypominał księcia z bajki. Nie miało znaczenia, kto jeszcze znajduje się na magicznej fotografii, Petunia nie mogłaby być bardziej obojętna wobec obecności siostry, która przecież zawsze wyglądała zniewalająco, więc jaki był sens patrzenia jak wywija rudymi włosami na prawo i lewo? Przyszła pani Dursley znała te wszystkie sztuczki na pamięć. Ale on… Któż to taki? 
– Więc – zaczął James. – Lily mówiła mi, że jesteś sekretarką, Petunio?
– Stenotypistką – poprawiła go odruchowo i zaraz oddała fotografię, jak gdyby w obawie, że ktoś odgadnie jej myśli. Być może czarodzieje mogli to robić? Kto wie? Była wdzięczna Vernonowi, że tylko dolał jej wina i nie sprostował małego kłamstwa. Istniała szansa, że James nie miał pojęcia kim jest stenotypistka, a w osobistym mniemaniu Petunii brzmiało to o niebo lepiej niż prosta sekretarka. – To twoi przyjaciele? – zapytała siostrę.
– Tak. – Lily uśmiechnęła się w ten szczególny, rozmarzony sposób, który Petunia była pewna, że ćwiczyła przed lustrem. – To jest Peter, Remus, to ja z Jamesem i Syriusz. Z tyłu widać Hogwart.
Syriusz. Od razu zapadało w pamięć. Vernon zajrzał Petunii przez ramię, ale nic nie powiedział. On sam skończył porządną, poważną szkołę z tradycjami i w głowie mu się nie mieściło jakieś latanie po czarodziejskim zamku i wymachiwanie przy tym patykiem.
Wieczór przebiegł katastrofalnie. W ogóle nie mieli o czym rozmawiać. Vernon próbował zaimponować Jamesowi swoim nowym samochodem, na co James odparował informacją, że posiada wyścigową miotłę. Pan Dursley nie mógł wyjść ze zdumienia jak ktoś w ogóle śmiał się chwalić, że posiada miotłę, zatem zaraz doszedł do wniosku, że James żyje z zasiłków, a kiedy ten zaczął nawijać o jakiejś fortunie w galeonach… Doprawdy, jak na tym etapie Petunia mogła sądzić, że on, poważny biznesmen, będzie traktował tego popaprańca poważnie!
Kolacja zakończyła się brakiem kolacji. Vernon wyciągnął Petunię za sobą z restauracji, zostawiając Lily zalaną łzami.
Podrzucił swoją narzeczoną do domu. Po kompletnie nieudanym i nieobecnym posiłku siedzieli jeszcze chwilę w jej kuchni, pijąc herbatę i wciąż zapewniając siebie nawzajem, że magiczny świat musi być koszmarem, James na pewno żyje z zasiłków, a Lily naprawdę wygląda na nieszczęśliwą. Gdyby tylko przed oczami wciąż nie stał Petunii zamek i roześmiane twarze siostry i jej przyjaciół, być może kiwałaby głową bardziej gorliwie.
Naturalnie zaprosiła go na górę, a potem odbył się cyrk i teatr, zamiast magicznego pierwszego razu, który wyobrażała sobie przez wiele lat zgoła inaczej. Nie mogła się powstrzymać, przed oczami stawała jej wciąż twarz przystojniaka ze zdjęcia i kiedy Vernon w końcu przewrócił się na drugi bok i zasnął, Petunia leżała jeszcze długo, zadowolona, że jej życie pozbawione jest obecności siostry, a Vernon jest tak cudownie… Zwyczajny. 
Co było, oczywiście, nadzwyczajną bzdurą. Każda kobieta chce być księżniczką, szczególną księżniczką, która niekoniecznie ma tiarę (kojarzącą się teraz Petunii jedynie z durnym światem, do którego należała Lily i gdzie ona nie miała wstępu), ale na pewno ma swojego księcia. Patrząc na chrapiącego obok Vernona, poczuła żal, że jej bajka skończy się w ten sposób.

***

– Długo to jeszcze potrwa? – burknął w końcu pan Dursley, a Petunia aż drgnęła na dźwięk jego głosu.
– Nie macie państwo, na przykład, żadnych pytań o Syriusza? Jego mieszkanie? Jest naprawdę piękne, choć nieco, jak to się mówi – retro? – Dumbledore dorzucił sobie do herbaty dwie kostki cukru.
– Robię remont – wtrącił szybko Black.
– Co mnie to obchodzi? Chcesz pan wziąć dzieciaka, to bardzo proszę. Tylko uważaj na niego, lubi sprawiać kłopoty. W razie czego nie bierzemy go z powrotem!
– Pani Dursley?
– Tak? – zapytała cicho.
– Nie będzie pani miała nic przeciwko rozstaniu z siostrzeńcem? – Dyrektor zdawał się nie dowierzać.
– Dlaczego?
– Dobrze, chyba muszę coś wyjaśnić. – Dumbledore odstawił filiżankę na spodek. – Opieka nad Harrym przejdzie od tej pory w ręce jego ojca chrzestnego, Syriusza Blacka.  Jeśli państwo wyrażają takie życzenie, możemy zaaranżować dzieloną-…
– Gdzie mam podpisać? – zapytali jednocześnie Harry i wuj Vernon, a potem spojrzeli na siebie, tak samo zdumieni. 
– Dobrze. Skoro tak. Jako wykonawca ostatniej woli Jamesa i Lily Potterów mam ze sobą wszystkie dokumenty. – Dumbledore westchnął ciężko, jak gdyby był mocno zmęczony, i wyjął z kieszeni szaty plik pergaminu. – Poproszę o podpisy tu, tu i tutaj. Ty, Syriuszu, w tym miejscu. Panie Dursley – parafka tu.
Syriusz wziął od dyrektora eleganckie pióro, które ten wyczarował ot tak z powietrza, i złożył zamaszysty podpis. Wuj Vernon odmówił i użył własnego długopisu. Harry nie wierzył w swoje szczęście i pobiegł na górę po rzeczy, a tymczasem Dumbledore zamyślił się na chwilę, gdy składał wszystkie papiery razem i wsadzał z powrotem do wewnętrznej kieszeni szaty. Petunia nie mówiła nic, patrzyła tylko co jakiś czas to na Syriusza, to na Vernona. Dumbledore podziękował za herbatę i wstał, znowu wzdychając. Być może była to naiwność starego człowieka, ale naprawdę miał nadzieję, że krew nie woda. Widocznie nie pierwszy raz i nie ostatni mylnie ocenił czyjś charakter. 
Chwilę później stali już w hallu, Syriusz pożegnał się uprzejmie, ale nie otrzymał  od mugoli żadnej odpowiedzi. Harry ledwo się powstrzymywał, żeby go nie poganiać, przestępując z nogi na nogę i trzymając swój kufer i klatkę z Hedwigą, która obrzucała Dursleyów nieprzychylnym i pełnym pogardy spojrzeniem. O ile sowy w ogóle mogą mieć wobec kogokolwiek jakieś przekonania, a Harry był pewien, że jego jest wybitnie inteligentna, można by podejrzewać, że ptak doskonale rozumiał, że Vernon, Petunia i Dudley nie byli dobrymi ludźmi. 
Dumbledore skinął Dursleyom głową, Syriusz zrobił to samo po raz kolejny, a Harry nie powiedział nic. Wujostwo podpisało papiery adopcyjne, tylko to się liczyło – była to druga prawdziwie dobra rzecz jaką kiedykolwiek dla niego zrobili. Czarodzieje wyszli na próg i chwilę potem rozległ się trzask teleportacji.
Gdyby była porządnym człowiekiem, być może Petunia wybiegłaby za siostrzeńcem. Być może w ostatniej chwili zmieniłaby zdanie. Być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie zamknęła się wtedy na swoją siostrę tylko dlatego, że to ona – a nie Lily – była tak cholernie nieszczęśliwa. Koniec końców jednak tylko zwierzęta nigdy się nie mylą co do ludzkich charakterów – nawet najwięksi czarodzieje popełniają tu błędy.

***
Gdy tylko znaleźli się na Grimmauld Place 12, Harry zorientował się, że Syriusz wcale nie przesadzał, gdy powiedział, że właśnie robi remont. Dumbledore w opisie mieszkania też nie owijał w bawełnę, choć Gryfon nie do końca wiedział, czy określenie „retro“ oddawało w pełni klimat tego miejsca. To był najdziwniejszy dom, w jakim kiedykolwiek się znalazł, abstrahując nawet od stopnia zabezpieczeń wokół niego, który sięgał wręcz absurdu. Rozumiał, że rodzina Blacków mogła nie chcieć być znalezioną przez mugoli, ale naprawdę – tu się musiała kryć jakaś większa tajemnica.
Sam dom był ogromny, Harry nigdy by się tego nie spodziewał – miał co najmniej cztery piętra, które utrzymane były tylko i wyłącznie za pomocą magii, bo sama wysokość budynku z pewnością na taką ekstrawagancję nie pozwalała. Renowacje faktycznie dopiero się zaczęły: tapety zostały pozrywane, tak samo klepki podłogowe, wszędzie ciągnęły się kilometry folii zabezpieczającej, po kątach walały się odłamki terakoty, a w powietrzu unosił gęsty, biały kurz. Do tego w górę i w dół po schodach latały, krzycząc głośno…
– Syriuszu? – Harry odstawił swój kufer i spojrzał w zdumieniu na dwóch, bardzo niskich i owłosionych… Chciałoby się powiedzieć „mężczyzn“, ale mieli nie więcej niż pięć stóp wzrostu. Do tego rozmawiali w dziwacznym, szeleszczącym języku, który w brzmieniu przypominał Harry’emu egzorcyzm. 
– Ach tak. – Dumbledore uśmiechnął się pod nosem i obejrzał dookoła. – Widzę, że jednak krasnoludy?
– Taaak. – Syriusz trochę się zmieszał, a potem strzepnął biały pyłek z rękawa marynarki. – Harry, to tylko tak chwilowo wygląda, zapewniam cię, że-…
– Krasnoludy! – Chłopak był stanowczo zbyt podekscytowany w stosunku do wagi takiej informacji.
– Eee… No tak. Jeśli chodzi o budownictwo nie mają sobie równych, ale tych akurat zgarnął skądś Remus i w ogóle nie możemy się z nimi dogadać. Boję się, że mi tu stawiają fuzję Taj Mahal i domku na kurzej stopce.
W tym momencie jeden z krasnoludów, wyjątkowo rudy i ze śmierdzącym papierosem w szerokich ustach, podszedł do Syriusza i szturchnął go ołówkiem kreślarskim w łydkę. Harry zauważył, że żaden z robotników nie nosił butów, wszyscy mieli ogromne stopy, długie włosy i w większości granatowe uniformy z tajemniczym logiem na plecach. Z jakiegoś powodu chłopak nie mógł odczytać nazwy, a przecież była tuż przed nim. Czyżby jakieś zaklęcie utajniające? Żałował, że nie ma z nim Hermiony, ona na pewno by wiedziała, a głupio się czuł, gdy musiał ciągle zadawać pytania.
– Panie majster! – warknął krasnolud. Miał naprawdę twardy akcent.
– Co znowu? – Syriusz nie wydawał się być zachwycony. Robotnik nie zwrócił uwagi, gwizdnął tylko i z wysokiej drabiny zeskoczył jeszcze jeden. Biegiem przyniósł mu rolkę planów i projektów.
– Pan popaczy tu. – Szturchnął szkic ołówkiem.
– Na co niby patrzę? – Syriusz się nachylił.
– Tu być salony.
– Dwa?
– A na cholierę mu dwa? Będzie jedyn! No. I tu nie będzie ściany. To czeba wywalić. 
– Co?!
– Wszystko bum! – Krasnolud zamachał rękami w powietrzu w celu ilustracji swoich słów, a kolega który przyniósł plany zaraz za nim powtórzył.
– Bum! – potwierdził fachowym tonem.
Syriusz potarł palcami nasadę nosa, a Harry coraz szerzej otwierał oczy ze zdumienia.
– Merlinie, człowieku, kto cię uczył angielskiego?!
– A ciebie kto? Debil. – To zostało akurat wypowiedziane w dziwnym języku, którego ani Harry, ani Syriusz nie rozumieli, za to Dumbledore zdawał się przyswoić ogólny sens, bo zaraz powiedział coś do krasnoludów, a oni natychmiast porzucili ponure marszczenie brwi. Rozpromienili się nagle i teraz rozłożyli plany przed starszym czarodziejem, gorliwie pokazując paluchami co też zamierzają uczynić. Dumbledore spojrzał pytająco na Syriusza, a ten machnął ręką na znak przyzwolenia.
–  Dyrektorze, jeśli chce się panu bawić w przepychanki słowne, będę zobowiązany. Walczymy z nimi z Remusem od dwóch tygodni.
– Wydaje mi się, że mówią po polsku. – Dumbledore potarł siwą brodę i ukucnął przed jednym z krasnoludów. Powiedział coś powoli, a ten zaśmiał się ochryple. Skrzyknął jeszcze dwóch kolegów i otoczyli starszego czarodzieja, tłumacząc mu coś żywiołowo. Szczerze mówiąc brzmiało to jak wyrok śmierci i kłótnia jednocześnie, ale Harry uznał, że najpotężniejszy czarodziej dwudziestego wieku poradzi sobie z bandą polskich krasnoludów. Chyba…
– Skąd ich wziąłeś? – zapytał cicho Syriusza.
– Remus mówi, że z jakiejś firmy, ale ja mu nie wierzę. Podejrzewam szemraną emigrację.
– Dlaczego?
– Widzisz jak na nas patrzą?
Istotnie, krasnoludy uwijały się niezbyt energicznie i co jakiś czas łypały na Syriusza spode łba, mamrocząc pod nosem słowa, które z pewnością nie mogły znaczyć nic miłego.
– Niewielu krasnoludów uratowało się podczas wojny z Grindewaldem. Uważał ich za rasę podludzi i chciał wyeliminować. Głównie tych znad Bałtyku, stamtąd się wywodzą. Ci, co pozostali, pouciekali do Stanów i do Anglii.
– Więc teraz nienawidzą czarodziejów?
– A dziwisz im się? Pracują dla nas za psie pieniądze. Dam im lepszą stawkę… Jeśli na pięć minut przestaną być takimi dupkami. Jak nie wysadzą mi domu, to chyba dorzucę premię.
Harry patrzył zafascynowany jak krępe istoty urządzają kompletną rewolucję i zaczął trochę powątpiewać w to ostatnie.
– Jak przetrwali? – zapytał, choć wcale nie wątpił w ich zapalczywość. Nie po tym jak uskuteczniły taką destrukcję na ścianach i podłodze. Syriusz uśmiechnął się krzywo.
– Przypuszczam, że tak po prostu postanowili.
– Co?
– Nigdy nie próbuj przebić w uporze krasnoluda.
– Syriusz? O, tak myślałem, że cię słyszę. Witaj, Harry. – Z kuchni wyszedł Remus Lupin, do którego Potter zaraz uśmiechnął się szeroko.
– Profesorze Lupin! 
– Nie ma potrzeby tytułowania mnie profesorem, Harry. Jak się masz?
– Dobrze, dziękuję. – Harry trochę posmutniał, gdy przypomniał sobie, że właśnie stracili najlepszego nauczyciela obrony jakiego kiedykolwiek mieli. Był ciekaw, kogo Ministerstwo przyśle w tym roku. Byleby tylko Gilderoy trzymał się z daleka…
Niestety, nawet jeśli Severus Snape nie mógł się zemścić na Syriuszu, to nie omieszkał puścić w obieg wiadomości o współpracy dwóch mężczyzn od samego początku września. Nie trzeba tłumaczyć, że pewien usłużny anonim zjawił się pewnego dnia na biurku Rity Skeeter, a złośliwa reporterka już zajęła się resztą.
– Dyrektorze. Możemy porozmawiać? W sprawie tego bogina na strychu. Wydaje mi się, że to nie bogin, próbowałem go rano wykurzyć, ale… – Dumbledore podążył za Remusem do kuchni, a Harry i Syriusz ruszyli na piętro. 
– Możesz ją wypuścić. – Syriusz wskazał na Hedwigę, która teraz niespokojnie rozprostowywała skrzydła na tyle, na ile pozwalała szerokość prętów klatki i patrzyła na krasnoludy z nieufnością. – Tam jest otwarte okno, niech trochę polata. 
Hedwiga z czułością dziobnęła Harry’ego w palec i wyleciała na dwór, zataczając w powietrzu radosne kółka zanim zniknęła im z oczu. Syriusz zaprowadził chrześniaka na pierwsze piętro, które było jeszcze w miarę nierozgrzebane przez krasnoludy.
– Opowiesz mi co to za miejsce? To twój dom? – Chłopak rozglądał się wokół i żałował, że nie miał drugiej pary oczu. Wszystko go fascynowało. Grimmauld Place z pewnością było o wiele mniej domowe i przytulne od Nory, ale to wciąż dom czarodziejski, a to zawsze coś nowego.
– Tu się urodziłem. – Syriusz pokazał mu uchylone drzwi. – Możesz wziąć ten pokój. Zresztą – wybierz jaki chcesz, ale ten na pewno jest bez bahanek. – Uśmiechnął się pod nosem. 
– Bahanki? – zapytał Harry.
– Paskudne stworki. Wyglądają trochę jak elfy, ale to złośliwe bestie. Strasznie jadowite. Gdybyś zobaczył, że zasłony się ruszają, nie wahaj się – biegnij.
– Aż tak?
– O tak. Razem ogarniamy dom od miesięcy, stał pusty odkąd trafiłem do Azkabanu. Nie uwierzyłbyś co tu się zagnieździło, bahanki to nic. Remus jest odporny tylko dlatego, że… – Zamilkł, zanim się zorientował, co chce powiedzieć. – Że w dzieciństwie przechodził odrę. 
– Odrę?
– Tak. Nieważne. Khm. – Szybkim zaklęciem wylewitował kufer Harry’ego pod okno. – W każdym razie… To teraz twój dom. Mam nadzieję. Jeśli ci się podoba. Zejdź do nas na dół jak się rozpakujesz, łazienkę masz po prawej i…
Zanim zdążył skończyć, chrześniak wyszczerzył do niego zęby i pokiwał gorliwie głową.
– To najlepszy dom jaki miałem.
Twarz Syriusza aż się rozjaśniła w uśmiechu.
– Cieszę się. Zejdź do nas na dół, na obiad jest tylko pizza, ale-…
– Uwielbiam pizzę!
– Dobrze. – Black znowu wyszczerzył zęby i zostawił Harry’ego w pokoju. Zbiegł na dół, mijając w hallu Dumbledore’a, który intensywnie gestykulując tłumaczył coś krasnoludom w sprawie infernalnego portretu Walburgi Black, wiszącego na ścianie przy wejściu. Wszedł do kuchni, gdzie Lupin, zasłonięty gazetą, popijał herbatę z rodowej zastawy rodziców Syriusza. Pan domu opadł ciężko na krzesło, chociaż z jego twarzy nie schodził szeroki uśmiech. Aż zachichotał na myśl o reakcji matki, gdyby się dowiedziała, co jedyny dziedzic wyprawia z jej rezydencją.
– Remmy, mamy syna! – oznajmił radośnie.
– Ty masz syna – mruknął cierpliwie Remus. – Ja mam migrenę od tego remontu.
– Dobra, dobra. Jako jedyni pozostali Huncwoci posiadamy pewne obowiązki, nie wykręcisz się.
– A mam jakiś wybór?
– Nie sądzę. 
W kuchni ekipa remontowa z piekła rodem jak dotąd tylko zapchała zlew papierosami i jeszcze nie dobrała się do skuwania niczego, Merlinowi dzięki. Remus czuł się tu więc względnie bezpiecznie, a poza tym miał czas na Poważne Przemyślenia: co mu strzeliło do głowy, by zamieszkać z Syriuszem? Potem przypominał sobie, że dzięki niedyskrecji pewnego mistrza eliksirów jeszcze długo nie dostanie nigdzie pracy, więc nie ma co narzekać. Już lepiej nabawić się astmy od pyłu tynkowego niż zapalenia płuc pod mostem. 
– Świetny garnitur. Skąd? – Remus zmienił temat.
– Byłem na Pokątnej.
– Na Pokątnej?
– Widziałem się z  – Syriusz odchrząknął – madam Malkin.
– Z madam Malkin? – Brwi Remusa podjechały do góry.
– Z madam Malkin. 
– Ariadną Malkin?
– Merlinie, Remmy, a znasz inną?
– Nie. – Strategicznie zasłonił się „Prorokiem Codziennym“, na którego okładce widniały zdjęcia drużyn Irlandii i Bułgarii. Wielki nagłówek zapowiadał rychłe rozpoczęcie Mistrzostw Świata w quidditchu.
– No dalej. – Syriusz się przysiadł i przewrócił oczami. – Wyduś to z siebie.
– Twoja ekipa remontowa rujnuje ci dom, mam nadzieję, że jesteś tego świadom – poinformował wilkołak.
– I? – Syriusz złapał za jego gazetę i wyrwał mu ją z rąk. 
– Łapa!
– Wiesz, że chcesz! – Wyszczerzył zęby. – No już, Remmy, będzie ci lżej. – Przysunął się do niego tak blisko, że ich nosy prawie się stykały. Remus uniósł jedną brew, przyjmując swój najlepszy profesorski ton:
– I ona nadal ma męża.
Następnie wyrwał swojego „Proroka“ i rozprostował go Syriuszowi przed twarzą.





3 komentarze:

  1. Powtarzam: w ogóle Snape'a nie potrzebujesz. Co rozdział wprowadzasz nowe ciekawe postaci i już sama nie wiem, kogo powinnam z kim najbardziej shipować. xD Teraz oczywiście wygrywają Syriusz i Malkin. Malriusz? Prawie jak Mariusz... No to może Syrkin... Jakoś kojarzy mi się ze smarkami... Albo Skyrimem. NO, W KAŻDYM RAZIE, liczę na twoją niezawodną inwencję twórczą w tej kwestii, ehem. No tak, Petunii może i by mi było żal, ale nie jest i nie będzie, bo jestem pamiętliwa. Ale wcale się nie dziwię jej reakcjom, sama bym tak na Blacka reagowała. Jej zgorzknienie jest absolutnie na miejscu. I moje ulubione polskie krasnoludy. <3 Bez nich nic nie byłoby takie, jak trzeba. Zasługują na podwyżkę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej, a czemu nie było Snape'a? :( :( :(
    Generalnie świetny rozdział! Popłakałam się ze śmiechu :D Nie wiem skąd Ty bierzesz te pomysły ale są GENIALNE!
    you made my day <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obiecuję Snape'a w następnej części i to dużo, on po prostu wciąż dochodzi do siebie ;)
      Cieszę się, wywoływanie uśmiechów za pomocą fanfika to mój cel, a jak jeszcze ktoś płacze ze śmiechu, to w ogóle uznaję misję za spełnioną. Dziękuję za komentarze!

      Pozdrawiam,
      O.

      Usuń