Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

niedziela, 4 października 2015

XIV

Część XIV

Abstrahując od tego w jak głębokim poważaniu Quincy Pikestone miał poglądy swojej siostry, nie mógł odpuścić jednej rzeczy: stawiania mu wyzwań. Przecież doskonale znał się na dzieciach, co to za filozofia ogarnąć takiego w wieku szkolnym! Początkowo rozważał nawet powiedzenie Klarze co sądzi o jej pomysłach i warunkach  spotkań z siostrzeńcem oraz gdzie ewentualnie powinna je sobie wsadzić, ale potem uznał, że skoro chciała grać w tę grę, on też może się zabawić… Jak tylko przejrzy swoją książkę telefoniczną – która okazała się w departamencie „porządnych dziewczyn“ kompletnie bezużyteczna, wielki Merlinie! Bo niby ile takich Quincy w swoim życiu widział? Być może jedną – gdzieś przypadkiem, w drodze do tych bardziej rozwiązłych. 
***

Takiego meczu quidditcha Harry nie widział jeszcze nigdy. Przyciskał omnikulary do twarzy tak mocno, że jego własne okulary prawie miażdżyły mu nos, ale nie miało to żadnego znaczenia. Serce podchodziło do gardła z każdym nowym faulem i przejęciem kafla. Miejsca w loży zdobyte przez pana Wesleya były fantastyczne. Zawodnicy, którzy dzięki zawrotnej prędkości swoich Błyskawic zmienili się w zielone i szkarłatne smugi, latali Potterowi niemalże przed twarzą. Nawet wcześniejsze spotkanie z Malfoyem nie mogło zepsuć tak magicznego wydarzenia. 
Mecz z pewnością wzbudzał emocje w całej publiczności, zwłaszcza w tych brutalniejszych momentach. Żadna z drużyn nie zamierzała oddać tytułu mistrza walkowerem. Siedzący obok Harry’ego Ron co chwila wykrzykiwał pod nosem uwagi pod adresem Irlandii, a gdy Troy z całej siły zafaulował Ivanovą, ścigającą Bułgarii, po trybunach najbliżej chłopców poniósł się gromki okrzyk sprzeciwu – widocznie kibice Irlandczyków siedzieli z drugiej strony…
– Jawny faul ze strony Irlandii! Sędzia zarządza karny rzut dla Bułgarii – zagrzmiał Ludo Bagman, gdy Hassan Mustafa, wymachując zaciekle rękami, podleciał na miotle bliżej zawieszonych w powietrzu graczy.
– Nadążasz? – Bill wyszczerzył do Taffy’ego zęby, a ten zacisnął tylko szczęki, patrząc na swojego faceta z wyższością.
– To całkiem logiczna gra, dziękuję bardzo za troskę.
– Jasne. – Zmierzwił mu włosy i wrócił do obserwowania gry. Syknął, kiedy tłuczek – tym razem nadesłany od Bułgarów – trafił Moran prosto w mostek. Byłaby spadła z miotły, gdyby nie przytrzymała się jej obiema rękami. Ścigająca zawisła na drążku niczym leniwiec, próbując złapać oddech. Lukrecja krzyknęła i ścisnęła Bran za rękę, a szukająca tylko pokręciła głową.
– Spokojnie, już siedzi. – Z trudem oswobodziła dłoń z morderczego uścisku zdenerwowanej dziennikarki. 
Walka pomiędzy drużynami była prawdziwie zażarta i bezpardonowa. Faule latały na prawo i lewo, a Bułgaria musiała nawet wymienić pałkarza po tym jak Vulchanov zarobił czerwoną kartkę. Tak załatwił Lyncha tłuczkiem, że ten ledwo wyszedł z tego cało – czego nie można powiedzieć o jego zębach.
Branwen bawiła się chyba najlepiej od lat, choć początkowo podchodziła dość sceptycznie do tego całego wypadu z Weasleyami. Lukrecja jednak bardzo nalegała na wyjazd grupowy, zwłaszcza, że nie widziały się od miesięcy. Wierciła Bran dziurę w brzuchu odkąd Taffy poinformował ją, że idzie na mecz z Billem, jego braćmi, Hermioną i Harrym – szukająca w końcu się zgodziła, ale tylko pod warunkiem, że ona i Birkie wezmą osobny namiot. 
Bran nie lubiła dużych zgromadzeń, a przebywanie z taką zgrają pod jednym byłoby imprezą w oparach absurdu. Weasleyowie to może i urocza rodzina, a bracia Lukrecji są dość bezinwazyjni… No, dość – podczas gdy Brian wypowiadał być może trzy słowa na godzinę, Taffy nadrabiał wszystko z nawiązką. Merlinowi dzięki , że Bill często go całował, inaczej neurotyczny pisarz zagadałby wszystkich na śmierć. 
Większość rudej zgrai kojarzyła ze szkolnych korytarzy i szczerze mówiąc nie tęskniła za nimi zbytnio – bliźniacy nieustannie podkładali wszystkim swoje lipne różdżki,  Ron jęczał, że jest głodny, a Percy wciąż wtrącał coś o swoim raporcie na temat regulacji grubości denek kociołków. Artur okazał się za to przemiłym facetem, któremu za rozrywkę wystarczyło pudełko zapałek, więc Bran uznała, że nadmiar rudości całkowicie dawał się przeżyć – w odpowiednich dawkach. Przebywanie wśród ludzi naprawdę nie było jej mocną stroną i pod koniec wieczoru miała nieco dość.
Lukrecja szczebiotała coś do niej niemal przez cały czas trwania rozgrywek, więc po wszystkim Bran czuła, że głuchnie na jedno ucho i nie mogła tak naprawdę rozróżnić o co tej kobiecie chodzi. Gdy Irlandia odebrała już swój puchar z rąk Korneliusza Knota i obie schodziły z trybun, nagle Branwen zalała fala obcych dźwięków i rozdzielił je tłum. Chwilę potem szukająca została rozpoznana przez grupkę fanów. Zaatakowali ją znienacka aparatem fotograficznym i zdjęciami i już całkiem straciła kuzynkę z oczu. Bill, ogarniacz porąbanej gromady, poszedł szukać braci, a Lukrecja brnęła dalej przez morze ludzi – swoim zwyczajem po prostu się zgubiła i starała się ten fakt zatuszować upartym dążeniem w jakimkolwiek kierunku – nieważne jakim, ważne, że szła tam zdecydowanym krokiem. Przy samym wyjściu ze stadionu, gdy wolność i własny metr sześcienny powietrza wydawał się już opcją bardzo realną, reporterce mignęło przed oczami coś jadowicie zielonego, do tego uzbrojonego w samopiszące pióro o takiej samej barwie. O nie. 
Tuż przy punkcie teleportacyjnym na pole namiotowe stała Rita Skeeter, we własnej osobie. Była szefowa zaraz Lukrecję wypatrzyła i przepchnęła się w jej stronę. Niech szlag trafi sokoli wzrok tej kobiety!
– Proszę, proszę, kogo my tu mamy! – zaszczebiotała z wrednym uśmieszkiem. – Czyż to nie panna Birkie, przyszła gwiazda słowa pisanego? – Z torebki Rity zaraz wyskoczył kawałek pergaminu, a pióro, idealnie zgrane odcieniem z szatą, zaczęło po nim zawzięcie skrobać. Zaskoczona Lukrecja, która kompletnie się tego nie spodziewała, rozejrzała się wokół w panice.
– Czego chcesz, Rito? – Zacisnęła szczęki tak mocno, że niemal połamała sobie zęby.
– Ach, wiesz… Chciałam ci tylko powiedzieć, że absolutnie nie mam ci za złe tamtego artykułu – stwierdziła takim tonem, by było jasnym, że miała. Zbliżyła się do Lukrecji i złapała ją za ramię, wpijając długie, polakierowane na czarno paznokcie w jej rękę. 
– I uwierz mi, gnojówo, że cię zniszczę – wysyczała, przysuwając się tak blisko, że Birkie czuła na twarzy jej oddech. Świdrowała ją wzrokiem zza koszmarnych okularów w drogich oprawkach i wszystko to dawało naprawdę przerażający efekt. – Przysięgam na wszystko, co święte, że pogrzebię cię żywcem, a twoja matka zapłacze na widok tego, co z ciebie zostanie! Jeszcze zobaczysz na co stać Ritę Skeeter! 
Lukrecja nie zdążyła nawet nic odpowiedzieć, ku satysfakcji starszej reporterki otwierała tylko i zamykała usta jak ryba wyjęta z wody. Nigdy wcześniej nikt jej nie groził  w tak skuteczny sposób. 
– Rito, ja… – wydukała, na co blondynka zaśmiała się zimno, gdy nagle gdzieś z tyłu, jak gdyby spod ziemi, wyrósł dość nieoczekiwany rycerz na białym koniu:
– Rito, najdroższa! – Quincy Pikestone wyszczerzył się do obu kobiet promiennie, chociaż jego czarne oczy ciskały gromy. Lukrecja nie mogła zdecydować na którą z nich patrzy bardziej nienawistnie. – Nadal nie odpowiedziałaś mi w sprawie tamtego artykułu, ty podła kobieto! – Starał sie być niezobowiązujący i żartobliwy, choć w rzeczywistości ta udawana wesołość miała w sobie więcej ukrytej groźby, niż najgorsze z jego rozległego repertuaru warkotów i krzyków. – Na którą listę mam się wpisać, żeby się z tobą umówić?
Na jego widok Skeeter wręcz zmartwiała. Birkie nie mogła uwierzyć własnym oczom. Dwoje ludzi, których nienawidziła najbardziej na świecie – i to z wzajemnością – właśnie zdybali ją gdzieś, skąd nie mogła się nawet ewakuować, a potem dokonali niemożliwego – zamknęli siebie nawzajem.
– Quincy Pikestone! – zaświergotała podła raszpla, gdy już się nieco otrząsnęła, na co dziennikarz uśmiechnął się zarozumiale. – Jak tam egzystowanie na krechę, mój mroczny książę? – Mina nieco mu zrzedła. – Podzielisz się ze starą Ritą szczegółami z życia w niesławie? – Zielone pióro wciąż śmigało po pergaminie jak szalone, a Lukrecja z ciekawości zerknęła, co pisało – szczęśliwa, że uwaga reporterki przeniosła się z niej na kogoś, kto naprawdę zasługiwał na więcej niż odrobinę złośliwości:

„Quincy Pikestone (40 l.), atrakcyjny brutal i weteran quidditcha, bez krztyny współczucia w zimnych, czarnych oczach objaśnił mi, Drodzy Czytelnicy, szczegóły koszmarnego faula, który spadł na nieszczęsnego obrońcę Irlandii. Wasza specjalna korespondentka zadaje sobie jednak pytanie, ile znaczy tu ekspertyza kogoś, kogo wiarygodność dziennikarska została ostatnimi czasy tak mocno zakwestionowana.“

– HA! – krzyknęła Lukrecja, zanim zdążyła się powstrzymać. Quincy zmarszczył brwi i zerknął Ricie w pergamin, ale ta zwinęła go szybko do torebki.
– Hej! – oburzył się.
– Czy to nie minister Knot? – Zaświergotała, a gdy tylko Pikestone odwrócił głowę w tamtą stronę, aportowała się z trzaskiem w sobie tylko znanym kierunku.
– Pikestone. Co tu robisz? – Lukrecja skrzyżowała ręce na piersi, a on wykrzywił się tylko, jak gdyby nie mógł się zdecydować czy chce ją zastraszyć, czy się do niej uśmiechnąć.
– Birkie. Byłem na meczu, a myślałaś, że co?
Zapadła pomiędzy nimi chwila ciszy, więc dziennikarka uznała rozmowę za zakończoną i chciała go wyminąć. Złapał ją jednak za łokieć i nie dał jej odejść.
– Co ona tam nawypisywała? – zapytał konspiracyjnie, świdrując ją wzrokiem.
– Nic nieprawdziwego. – Spojrzała na niego buntowniczo. – Czego chcesz? Wzbudzić moje współczucie? 
– Wiesz, Sharp też nie pozostawił na tobie suchej nitki…
– I co z tego? Jakoś sobie poradziłam. – Prychnęła drwiąco. – Mam nadzieję, że Skeeter cię obsmaruje tak profesjonalnie jak to tylko ona potrafi – syknęła.
– Czemu się zachowujesz jak wariatka? – Cofnął się o krok.
– Bo jestem na ciebie zła jak cholera, Pikestone, i nie mam już obowiązku znosić twojej osoby! 
– Co?
– ŻEGNAM!
– Na Merlina, Birkie! – Zrobił wielkie oczy, ale ona tylko pokręciła głową i dźgnęła go palcem prosto w mostek. 
– Czy ja ci wyglądam na kogoś, kto dba o to co sobie myśli Merlin?! – warknęła.
Quincy nie wiedział, która odpowiedź byłaby prawidłowa, więc nie powiedział nic. Reporterka już miała odejść, ale zastąpił jej drogę.
– Nie zachowuj się jak dziecko. Aż tak cię obraziłem?
Wahała się chwilę, co nie było dobrym pomysłem, bo zaraz się zorientował, że rozważa co powiedzieć. Niestety, to wredny gnojek, ale diabelnie spostrzegawczy.
– Nie.
– Kłamiesz. – Uśmiechnął sie triumfalnie. 
– Cholera jasna, i co cię to w ogóle obchodzi! Zejdź mi z oczu, Pikestone! – Próbowała go jakoś wyminąć, ale nie dał się tak łatwo zbyć.
– Daj spokój, Birkie. Może mogę ci to jakoś wynagrodzić?
Zamrugała szybko, zastanawiając się, czy właśnie się nie przesłyszała. Ten dupek mówił poważnie? Nie, to na pewno jakiś podstęp, co on sobie myślał! Uśmiechnęła się słodko i podeszła do niego bliżej.
– Mogłabym cię prosić o małą przysługę, Quincy?
– Jaką? – Wyprostował się, gotowy na wyzwanie.
– PADNIJ TRUPEM! – krzyknęła, kompletnie zbijając go z tropu. – Jak najszybciej! – To powiedziawszy, okręciła się na pięcie i błyskawicznie pomaszerowała w stronę pola namiotowego.
Stał tam jeszcze chwilę, uznawszy, że jak na próby roztoczenia wokół niej swojego uroku osobistego, poszło mu… No, nie na piątkę. Na czwórkę zresztą też nie.
– He, he. – Gdzieś w okolicach barku Quincy’ego rozległ się znajomy wredny śmiech.
– Bran. – Przewrócił oczami.
– Pikestone. – Owens trzymała w dłoni butelkę po piwie imbirowym i wyglądała na rozbawioną ich małą utarczką słowną.
– Ty też jesteś na mnie zła? – Wzniósł wzrok do nieba, krzyżując ręce na szerokiej piersi.
– Nie. Ale ktokolwiek byłby na ciebie, na pewno ma ku temu dobry powód – odparła lekko.
– Dzięki.
– Nie ma za co. – Wrzuciła pustą butelkę do kosza i zadarła głowę do góry, patrząc na niego badawczo. – Czego od niej chciałeś?
– Spływaj. To cię nie dotyczy.
– Może tak, może nie. – Wzruszyła ramionami i wyjęła z kieszeni różdżkę. – Jeśli chcesz znać moje zdanie…
– Czemu ostatnio jakoś wszystkim się zebrało na dawanie mi złotych rad! – Wykrzywił się. 
– Widocznie ich potrzebujesz, bezrobotny dupku. – Uśmiechnęła się krzywo, na co on tylko parsknął.
– Więc wiesz, co Sharp o mnie nawypisywał?
– Wszyscy wiedzą, Quincy.
– Zamorduję go. I tę krowę Skeeter też, dla koloru – burknął.
– Jasne – poparła natychmiast. – A co znowu zrobiła?
– Napisała, że mam czterdzieści lat!
Bran uniosła pytająco brwi.
– Mam trzydzieści siedem! – oburzył się.
Zamilkła, nie wiedząc co na to odpowiedzieć. Jego ego było stanowczo zbyt wybujałe w stosunku do tego, co sobą reprezentował, ale ona z pewnością nie miała ochoty go o tym informować. Już chciała się teleportować, uznając rozmowę za zakończoną, kiedy on znowu burknął:
– Więc? 
– Myślałam, że nie chcesz mnie słuchać? – Wyszczerzyła zęby, chowając różdżkę z powrotem do kieszeni.
– Nie zgrywaj się. – Kopnął czubkiem buta kamyk, którym trafił kogoś w łydkę, więc zaraz odwrócił się do Bran, udając, że to nie on. – Myślisz, że mogę ją jakoś do siebie przekonać?
– A po co w ogóle chcesz? – Wychyliła się zza jego ramienia, zaobserwowawszy, że właścicielką poszkodowanej łydki chyba była Narcyza Malfoy. Bran zachichotała pod nosem, co jeszcze bardziej zirytowało dziennikarza.
– Nie twój interes.
– No dalej. – Zniecierpliwiła się. – Co knujesz, Quincy? Wtajemnicz mnie, to może ci pomogę.
– Chyba sobie żartujesz! – prychnął. – Ja tu niczego…
Spojrzała na niego twardo i musiał przyznać, że różnica wzrostu nic tu nie znaczyła – Branwen potrafiła na każdego patrzeć z góry.
– Dobra. – Nachylił się do niej konspiracyjnie. – Moja siostra Klara…

***

Harry został wyrwany ze snu przez dźwięki szamotaniny i krzyki. Początkowo myślał, że jeszcze śpi, ale kiedy zobaczył przed sobą – całkiem nieprzytomną – twarz Rona i zaczął nasłuchiwać, zorientował się, że wcale nie śnił. Do ich części namiotu wpadł pan Weasley, wyraźnie zdenerwowany i z różdżką w gotowości. 
– Chłopcy, ubierzcie się natychmiast!
– Panie Weasley?
– Harry, nie ma czasu! Ubierajcie się i to szybko! Bill zaprowadzi was do świstoklika.
– Tato, co się dzieje?
– Nie ma czasu!
W części jadalnej chłopcy wpadli na nieco wystraszoną Ginny i bliźniaków, którzy z zaciętymi minami obserwowali błyskające na zewnątrz zaklęcia.
– Tato?
– Ginny, idź z braćmi i wracajcie do Nory. Muszę znaleźć Barty’ego. – Pan Weasley najwyraźniej był w trybie największej mobilizacji bojowej. – Bill, bierz ich ze sobą i pilnuj dobrze! Gdzie jest…?
– Tu jestem. – Taffy wciągnął na siebie sweter i poprawił okulary, które w pierwszej chwili założył do góry nogami.
– Tak. – Pan Weasley westchnął ciężko. – Idź z nimi.
– Co? Dlaczego? Mogę się przydać!
– Nie ma czasu na głupie pytania! Na zewnątrz są…!
W tym momencie jakieś zabłąkane Incendio trafiło w czubek namiotu, który momentalnie stanął w płomieniach. Wszyscy się z niego ewakuowali, ale panikujący tłum na zewnątrz całkowicie uniemożliwił Arturowi wydawanie dalszych komend. Na szczęście Bill był bardziej przyzwyczajony do sytuacji awaryjnych, więc szybko złapał za kołnierze bliźniaków, pociągnął za sobą Rona, Hermionę, Ginny i Harry’ego, a Taffy’emu posłał takie spojrzenie, że ten nie śmiał się nawet sprzeciwiać. 
– Bill, co się dzieje?! – krzyknęła Hermiona.
– Grupa debili zaczęła napadać na namioty mugolaków. 
– Debili?
– Śmierciożercy. 
– Kto?
– Ginny, nieważne! Chodźcie, szybciej!
Biegli zwartą grupą przez tłum, a wszyscy oprócz najstarszego z braci Weasley  i Taffy’ego zachodzili w głowę, co takiego się tu działo. I wtedy to zobaczyli: tłum czarodziejów w czarnych szatach i kapturach nasuniętych głęboko na twarz. Jeden z nich lewitował nad tłumem kobietę, która zwijała się z bólu. 
Crucio!
Taffy patrzył na to z przerażeniem w oczach. Miał nadzieję nigdy więcej już nie być świadkiem czegoś takiego. Nagle zalała go fala okropnych wspomnień. Płomienie odbijały się w szkłach jego okularów. Na chwilę wszyscy zapomnieli o ucieczce. Gdy się otrząsnęli, miał w głowie tylko jedną uporczywą myśl:
– Moja siostra…
– Jest z Bran. Są daleko stąd – uspokoił go Bill. – Chodź. Nie mamy wiele czasu, lada chwila ktoś odkryje świstoklik!
Nagle nad pomarańczową łuną płonącego pola namiotowego rozbłysło ostre zielone światło i nikt już nie zadawał zbędnych pytań. Po niemal trzynastu latach nieobecności na nocnym niebie pojawił się Mroczny Znak. 
– Biegiem! – krzyknął Bill i tym razem nikt już się nie ociągał.
Wszyscy jak jeden mąż rzucili się do panicznej ucieczki.

***

– Mój Panie, twoja potęga została okazana tym nędznym-…
– Dobrze, dobrze. Nie mamy na to czasu. Zdobyłeś eliksir, sługo?
– Tak, Panie.
– Różdżka?
– Tak, sir. 
– Świetnie. Twoje zasługi z pewnością zostaną nagrodzone. 
– Mój Panie.
– Pierwsza część planu poszła znakomicie, Crouch. Jestem zadowolony. Możesz jechać do Hogwartu.
– Sir… Potrzebujesz opieki, ja-…
– Crouch!
– Tak, mój Panie, wybacz Panie, ale-…
– Twoja troska została doceniona, Crouch. Niedługo powinien nas odwiedzić jeden ze… Starych znajomych. Sądzę, że wiesz jakie powitanie przygotować?
– Sir?
Cruciatus będzie odpowiedni. Na początek.

***

– Jak myślicie, co Bill miał na myśli? – zapytała Hermiona, wypuszczając na chwilę Krzywołapa z klatki, żeby trochę pobiegał. Gigantyczny kocur przeciągnął się z godnością i zaczął się przechadzać po miejscach w przedziale, nic sobie nie robiąc z okupujących ich ludzi. 
– Au! – Ron próbował zepchnąć ciężkiego bydlaka ze swoich kolan. Obrażony zwierzak przetransportował się w stronę Luny i Ginny, które zaraz zaczęły go głaskać za uszami. 
Podróż do Hogwartu wydawała się Harry’emu całkowicie abstrakcyjna. Dosłownie dwa dni temu był świadkiem czegoś, czego świat czarodziejów miał nadzieję już nigdy nie ujrzeć, a co Knot oczywiście bagatelizował na łamach wszystkich gazet. 
Enigmatyczne uwagi Billa i Charliego o nadchodzącym roku szkolnym również zaabsorbowały umysły Złotego Tria do tego stopnia, że przez pierwszą godzinę drogi nie rozmawiali o niczym innym. Nawet Hermiona nie mogła się skupić na wertowaniu nowych podręczników, co zwykle ją uspokajało. Kartkowała je na zmianę od niechcenia, jednym uchem słuchając wydumanych teorii Ginny na temat obecności Śmierciożerców na mistrzostwach:
– Problem polega na tym, że oni uważają mugoli za zwierzęta!
– A nawet gorzej – mruknęła Luna, skubiąc rękaw swojej czarnej szaty.
– Nie mogę uwierzyć, że nie wsadzili ich wszystkich do Azkabanu – powiedziała cicho Hermiona,  zamykając gwałtownie podręcznik do zaawansowanej transmutacji, stopień szósty.
– Właśnie! Popatrz na takiego Malfoya!
– On ma ogromne wpływy w Ministerstwie – wtrącił Neville, a Harry pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Więc jest nietykalny? – zapytał.
– Cóż. – Hermiona zadarła buntowniczo głowę. – Wszyscy dyktatorzy i tyrani w historii ludzkości wydawali się z początku nie do pokonania, a na końcu i tak upadali. Zawsze upadają.
– Kurde, Hermiono – powiedział Ron, patrząc na przyjaciółkę z podziwem. – Musisz to gdzieś zapisać, to było naprawdę mądre!
– To nie ja, Ron, to Mahatma Gandhi! – prychnęła. – Powinieneś w końcu sięgnąć po jakąś książkę. I nie mówię o „Quidditchu przez wieki“!
Weasley burknął coś tylko, a Hermiona przycisnęła nos do szyby, obserwując  ponuro pochmurne niebo. Prawda była taka, że wciąż trochę drżała z przerażenia na myśl o tym, co zdarzyło się na mistrzostwach. Gdyby jakiś wariat nie wyczarował Mrocznego Znaku, ci porąbani faszyści prawdopodobnie zamordowaliby tę biedną mugolkę. Wczoraj w nocy Harry znowu miał koszmar, do którego nie chciał się przyznać, ale ona wiedziała swoje. Pocierał bliznę tak mocno, że teraz na jego czole widniała czerwona plama. 
Jeszcze nie zdecydowała, czy nastał czas na panikę, ale podskórnie przeczuwała, że z pewnością nadejdzie – prędzej czy później. Dla mugolaków raczej prędzej. Na szczęście żaden czystokrwisty Malfoy nie mógł się równać z jej umiejętnościami transmutacji i paskudnych uroków. Na wszelki wypadek zacznie sypiać z różdżką pod poduszką –  różdżki z pewnością miały większe pole rażenia niż pluszowe misie.

***

Ostatnimi czasy Quincy Pikestone zdawał się wyskakiwać z lodówki. Gdziekolwiek się nie ruszyła, Lukrecja była epatowana jego osobą. Podły drań nigdy do końca nie szedł na dno, tym razem z dziennikarskiej afery wykaraskał się wręcz koncertowo: dostał pracę w radiu. Ze wszystkich miejsc musieli go zatrudnić gdzieś, gdzie znowu będzie się wymądrzał, podły bubek! 
Zwykle słuchała porannej audycji sportowej kiedy brała kąpiel, ale gdy tylko zanurzyła się w ciepłej wodzie i na całą łazienkę rozległ się znienacka ten jego dudniący bas, prawie wrzuciła odbiornik do wanny – tak gwałtownie kręciła gałką, by je wyłączyć. Co za podły drań! Wspaniale, musiał nawiedzić akurat ten jeden, ulubiony program! Najpierw zaczaja się na artykuły Lukrecji, potem wysyła wyjce, porywa na miotle, napatacza na nią na każdym kroku, a teraz jeszcze rozbrzmiewa w jej własnym, prywatnym mieszkaniu! 
Powiedzieć, że poranek miała zmarnowany, byłoby niedopowiedzeniem. Siedziała naburmuszona w swoim miniaturowym biurze na najniższym piętrze redakcji „Proroka Codziennego“ i jadła już chyba setne cukrowe pióro, by uspokoić nerwy. Cholerny Pikestone! W zamyśleniu włączyła radio też po południu, w przerwie na lunch, w nadziei na trochę muzyki, a tam, w Magicznej Godzinie z Angeliną Dorset – znowu on! To jakaś klątwa!
– … Więc powiedz, Quincy, jak oceniasz strukturę irlandzkiej drużyny?
Irlandzkiej drużyny? Też coś! A kim on niby był, jakimś pieprzonym ekspertem?! Rozsiadła się wygodniej na krześle, gotowa w myślach krytykować każde jego słowo.
– Szczerze mówiąc, Angelino, w dużej mierze zawdzięczają wygraną sprzyjającym zbiegom okoliczności i świetnej pracy pałkarzy.
– Jak to? – zaszczebiotała prezenterka, a Lukrecja warknęła i przewróciła oczami, dźgając radio cukrowym piórem. Quincy odchrząknął uczenie.
– „Jak to?“ – przedrzeźniała ją tymczasem dziennikarka. – Bo, kurwa, mają szukającego z koziej wólki, który nie złapałby własnych gaci! Wszyscy to wiedzą! – Położyła nogi na biurku i niedokończonym artykule, patrząc nienawistnie w odbiornik, jak gdyby był winny wszystkich problemów. Ku jej zdumieniu jednak, Quincy zaśmiał się z wyższością i powiedział:
– Aidan Lynch jest świetnym szukającym, Angelino, tyle tylko, że generalnie unika łapania znicza.
Panna Dorset zaśmiała się perliście, na co Lukrecja warknęła i wyłączyła radio. To, że się z nią zgadzał, oznaczało po prostu, że nie jest debilem. To wszystko. Jak tak dalej pójdzie, to chyba oszaleje! Wyrwała się wcześniej z pracy i przemaszerowała całą Pokątną niczym bojowy żandarm, dopóki nie doszła do Dziurawego Kotła. Wypiła przy barze dwie Ogniste i od razu poczuła się lepiej. Magia magią, ale mało jest na świecie rzeczy, które są w stanie przebić alkohol. 


3 komentarze:

  1. Chaaarlieee.... Daj mi Charlieeego...
    Już zdążyłam zapomnieć jaka Rita jest wkurwiająca, no dziękuję Ci bardzo za przypomnienie. Właśnie tego potrzebowałam. A Q rzeczywiście brajanuje coraz bardziej, oby tak dalej. Ma u mnie plusa z wiadomych względów. Taffy, Bill. <3 I pan Wesley już się nieco przekonał, jak miło z jego strony. Więcej Quidditcha i więcej śmierciojadów! Tak się ładnie komponują.

    OdpowiedzUsuń
  2. Quincy i Lukrecja? Yeah, właśnie tego się spodziewałam! Bo kogo innego mógłby zaciągnąć do siostry?
    Szczerze, po cichu liczyłam na występ Severa. Wiem, że w Czwarym Tomie jeszcze siedzi w ukryciu i nie powinie się szlajać ze Śmierciojadami, ale... Ale ponieważ kanon nigdy Ci specjalnie w niczym nie przeszkadzał, sądziłam, że jakoś wmieszasz biedaka do tego bałaganu. Cóż, oczekiwanie zaostrza apetyt, si?
    Poza tym znalazłam jeden cytat, z którym zamierzam się na zawsze polubić :
    "– Zamorduję go. I tę krowę Skeeter też, dla koloru – burknął.
    – Jasne – poparła natychmiast. – A co znowu zrobiła?
    – Napisała, że mam czterdzieści lat!
    Bran uniosła pytająco brwi.
    – Mam trzydzieści siedem! – oburzył się."
    Och, tak! Skąd ja to znam, ach skąd? Hihi.

    Ukłony,
    M.Szalona

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej, halo! Jest tu kto? Bo już trochę czasu minęło, a aktualizacji tego cudeńka nadal brak. W pisaniu komentarzy nie jestem za dobra, więc nie będę się rozpływać nad tym opowiadaniem ani wymieniać najlepszych momentów, bo bym musiała chyba wszystko tu skopiować. Raczej Cię też nijak nie zainspiruję, piszę tu właściwie tylko po to, żebyś wiedziała, że jeszcze ktoś to czyta i czeka na nowe części, które mam nadzieję, że niebawem się ukażą. Jeśli nie masz pomysłu, to nie wiem, może spróbuj poczytać coś innego, żeby trochę odpocząć, ale proszę, nie zawieszaj tego opowiadania, bo jest naprawdę dobre.

    Życzę weny,
    Zaniepokojona-długim-okresem-przerwy Anonimowa Czytelniczka

    OdpowiedzUsuń