wtorek, 8 września 2015

VIII

A/N: Dedykowane Wee, która jest nie tylko świetną betą, ale umie utrzymać w pionie moje nierealistyczne wybryki względem niereformowalnych dupków, którzy dupkami winni pozostać, bo takimi ich kochamy.

Część VIII

Pierwszoroczni Gryfoni zasnęli tej nocy jako ostatni, do późna opowiadając wszystkim, którzy tylko chcieli słuchać, że to właśnie do ich dormitorium próbował się zakraść Syriusz Black. Percy Weasley w szale obowiązku nie miał zamiaru dopuścić do podobnych harców. Latał wśród młodszych uczniów i bardzo nieskutecznie wszystkich uciszał. Nauczyciele zostali wysłani na przeszukanie zamku, choć wiadomym było, że sławny przestępca jeśli nie chciał być odnaleziony, to raczej nie zostanie. Zgromadzeni w Wielkiej Sali też niezbyt kwapili się do spania, więc tej nocy zamek czuwał.
Branwen ze skruchą przyznała w duchu, że nie mogła wybrać gorszego wieczora na poszukiwanie swoich korzeni i opuszczenie nauczycielskiego posterunku. Dziwiło ją tylko, że Snape nie zamierzał jeszcze dotąd podjąć jakiejkolwiek próby zaspokojenia ciekawości i wciąż z nią nie porozmawiał. Błąkała się po ciemnych korytarzach trzeciego piętra, pogrążona głęboko w swoich myślach, gdy nagle jej stopa napotkała na podłodze coś śliskiego. Z trudem utrzymała równowagę.
Lumos!
Przez cały korytarz ciągnęły się ślady błota, ślady, które wyglądały jakby zostawiło je za sobą jakieś ogromne zwierzę. Nachyliła się nad nimi w skupieniu, ponownie poważnie kontemplując wniosek o byciu znarkotyzowaną przez Severusa Snape’a.
– Owens. Możesz mi wyjaśnić czemu dokładnie szukasz sensu życia w podłodze?
Już nawet nie próbowała udawać, że ją to dziwi. Powracał na dźwięk swojego imienia niczym Krwawa Mary z miejskiej legendy, tyle że tu wystarczyło chyba przywołać go myślami. Odwróciła się i niecierpliwie pokazała mu błoto na podłodze. W świetle jej różdżki twarz Snape’a wyglądała jeszcze bardziej blado i nadnaturalnie, zupełnie jakby faktycznie był wampirem niewychodzącym na słońce. Ukucnął i dotknął jednego ze śladów.
– Tak, Snape, to błoto – prychnęła. – Naprawdę powinieneś częściej wychodzić na zewnątrz.
– Wychodzę – warknął. – Na przykład czasem eskortuję nieokrzesane wariatki na ich misjach.
– Posada, jak sądzę, w dzisiejszym świecie niezbędna. 
– Jesteś po prostu zła, że nadal nie zapytałem o twoją matkę. – Posłał jej jeden z tych swoich irytujących uśmieszków, o których wiedział, że wyprowadzają ją z równowagi.
– Nawet jeśli! Chodź. Musimy to sprawdzić. – Poszła pierwsza korytarzem, nie czekając aż za nią podąży, choć wiedziała, że ją zignoruje. Nie słyszała by się ruszył, więc raczej tak właśnie było. W końcu straciła cierpliwość i odwróciła się, myśląc że ukradkiem, tylko po to, by zauważyć, że Snape cały czas bezszelestnie szedł tuż obok. Miał skurczybyk talent.
– Owens, nie sądzisz, że to dziwny zbieg okoliczności? – zapytał nagle, niezwykle spokojny jak na zaistniałą sytuację. 
Ona była zamotana w swoich myślach, więc mogła mieć prawo do odkładania zdenerwowania na później, ale biorąc pod uwagę fakt, że niebezpieczny morderca grasuje po zamku, można by spokojnie wysnuć szaleńcze wnioski, że Snape będzie chociaż trochę zaniepokojony. Z drugiej strony, widziała co zrobił tamtemu facetowi w Holyhead. Jeśli był ktoś, kto nie musiał bać się świata, to z pewnością Severus.
– Jaki zbieg okoliczności? – zapytała niemrawo, orientując się, że milczała odrobinę zbyt długo.
– Ślady błota jakiegoś dziwnego zwierzęcia. Na trzecim piętrze. – Starał się brzmieć niewinnie, ale musiał chyba wiedzieć, że mu nie wychodziło.  
– I co z tego? Co niby jest na trzecim piętrze?
– Nic – mruknął. – Tylko gabinet Lupina. 
– Sugerujesz, że jakieś magiczne stworzenie mu uciekło i się pałęta po zamku? – Mimowolnie stanęła nieco bliżej niego, chociaż potem tłumaczyła to sobie jako napad rozsądku. W końcu musiał znać dużo więcej zaklęć obronnych niż ona. Tak, to dlatego.
– Ja nic nie sugeruję, Owens, ale to mi nie wygląda na ślady Pani Norris.
– Snape! – warknęła ostrzegawczo i złapała go za szatę, ale zaraz strzepnął jej rękę. – Czego mi nie mówisz?
Nox!
Gdyby nie zgasił światła, zauważyłaby jeden z tych uśmieszków, które wzbudzały dreszcz niepokoju samą swoją obecnością. Severus Snape posiadał dużo więcej wyrazów twarzy niż przeciętny obserwator mógłby przyznać. Wyrwał się wręcz na ochotnika, by poinformować o ich znalezisku dyrektora, a Bran jakoś się nie kwapiła. Dementorzy latali wokół zamku jak oszaleli, nie miała więc szansy na nocną przejażdżkę na miotle i została sama ze swoimi myślami. Nigdy nie udało jej się wyczarować pełnowymiarowego patronusa, a wizyta w Holyhead rozbiła ją do tego stopnia, że dziś też z pewnością by nie wyszedł. Nie należało ryzykować, nie miała aż tylu szczęśliwych wspomnień, żeby dobrowolnie się ich pozbywać.

***

Boisko do quidditcha było jednym z miejsc, których nie warto wybierać na spokojne poradzenie sobie z emocjami. Średnia przemarszu populacji miała tu stanowczo zbyt wysoki odsetek. 
– Bulstrode? To ty?
Ślizgoni właśnie skończyli swój trening, a w tym roku kapitan Gryfonów za bardzo się niecierpliwił kwestią zdobycia Pucharu Quidditcha, żeby tolerować jakikolwiek mundurek Domu Węża na boisku w czasie zabukowanego dla siebie czasu. Kiedy zauważył kręcącą się po murawie wysoką postać w zieleni, wysłał do niej swoich pałkarzy.
Wyrwana z zamyślenia Millicenta natychmiast otarła łzy i odwróciła się do bliźniaków, z czego jeden był zmieszany, a drugi zaraz stwierdził, że to musiał być podstęp.
– Czego chcecie?! – warknęła.
– Niczego… – uznał George, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Do sytuacji z uczestnictwem płaczących dziewczyn absolutnie nie przygotowywał fakt posiadania czterech braci i tylko jednej siostry.
– Czemu ryczysz? – zapytał Fred.
– Nie ryczę! Odczep się.
– Jasne. Widzimy. 
George oberwał za to sójkę w bok i spojrzał na brata z wyrzutem.
– Jasna cholera, wszyscy jesteście tacy sami! Bezmyślne mięśniaki od quidditcha, ktoś by pomyślał, że może kobieta też da sobie radę z przywaleniem komuś tłuczkiem! – Millicenta zamachnęła się solidnie swoją miotłą, przez co bliźniacy w odruchu samoobrony padli nosami w murawę.
– Ja jakoś nie mam wątpliwości, że umiałaby komuś przyłożyć, a ty George?
– W rzeczy samej. – Wysmarkał z nosa kawałek trawy, na co Millicenta tylko przewróciła oczami.
– Nieważne. To nawet lepiej, że Flint przyjął tych debilnych goryli i Malfoya, ja nie miałabym tyle pieniędzy, żeby się wkupić. 
Bliźniacy zrobili w głowach mentalną notatkę, by wyegzekwować za tę informację stosowny zakład od paru znajomych.
– Flint nie chciał cię w drużynie, bo jesteś dziewczyną? – zapytał Fred, a gdyby George go nie znał, pomyślałby, że jego ton był nawet przyjazny. Ale przecież nie mógł być. To Ślizgonka, na Merlina! Czemu w ogóle się interesowali? A tak… To dziewczyna i nie mógł w nią walnąć Rictusemprą.
– Flint wie, że go nie znoszę i palnęłabym go tłuczkiem przy pierwszej okazji w powietrzu, ale tak. To był drugi powód. – Uniosła dumnie podbródek. – Zresztą… To całkiem niezła wiadomość dla Gryfonów. Rozwaliłabym was jednym uderzeniem. – Odepchnęła Freda stanowczo na bok i pomaszerowała w stronę zamku. Bliźniacy stali chwilę, kontemplując co się właśnie stało, gdy dogoniła ich reszta drużyny.
– George… – Fred potarł podbródek w zamyśleniu, a w jego oczach rozbłysły niebezpieczne iskry.
– Fred?
– Jakby ci się widziało spożytkowanie dzisiejszej historii magii na coś bardziej… Kreatywnego?

***

W piątek rano Hannah Abbott wciąż opowiadała każdemu, kto tylko się nawinął, o swojej najnowszej teorii dotyczącej tajemniczego pojawienia się Syriusza Blacka w Hogwarcie, ale plotki o straszliwym uciekinierze z Azkabanu szybko zastąpiło coś dużo bliższego sercom braci uczniowskiej, gdy tylko Ron Weasley wpadł z przejęciem do Wielkiej Sali:
– Widzieliście Snape’a?! Jest wściekły jak galopujące hipogryfy!
Hermiona spojrzała na przyjaciela, który zadyszany wcisnął się na miejsce pomiędzy nią a Harrym. 
– Co? – Odsunęła na chwilę podręcznik do numerologii, a Weasley wyszczerzył zęby i przysunął sobie półmisek z pieczonym kurczakiem.
– Tuż przed lunchem w piątki są inspekcje dormitoriów, tak?
– Tak. Ja i dziewczyny zawsze dostajemy „Wzorowy“. – Hermiona znowu zasłoniła się książką, ale Ron jej ją zabrał i pokręcił głową. 
– Nie rozumiesz! Ktoś. Tuż przed lunchem. Włamał się do dormitorium Ślizgonów z siódmego roku i zamknął w ich pokoju żywą owcę! 
– Chyba żartujesz! – Ginny wyszczerzyła zęby, a mina Hermiony wyrażała coraz większą dezaprobatę.
– Niemożliwe, ktoś musiałby znać hasło i…
– Właśnie! Snape jest wściekły jak nie wiem co! Podobno Flint został zawieszony i szukają nowego kapitana! 
Wszyscy wokół spojrzeli na Rona w osłupieniu, a zaraz potem zwrócili się w stronę stołu Slytherinu, przy którym było kilka pustych miejsc i wiele nosów spuszczonych na kwintę.
– Skąd to wiesz? – zapytała nieufnie Parvati Patil, podczas gdy Harry oderwał się od swojego lunchu i rzucił szybkie spojrzenie stołowi znienawidzonego przez siebie domu. Draco Malfoy wyglądał jakby ktoś właśnie kazał mu zjeść własną miotłę.
– Jak…? – zapytał w osłupieniu. 
Ostre spojrzenie Hermiony zwróciło się w stronę bliźniaków Weasley. Fred i George siedzieli stanowczo zbyt cicho jak na jej gust, a do tego byli aż za bardzo zajęci jedzeniem i szeptaniem między sobą. To znaczy – bardziej niż zwykle. I wtedy, zupełnie niespodziewanie, do stołu Gryffindoru podeszła Millicenta Bulstrode. Zaraz została obrzucona nieprzychylnymi spojrzeniami, ale zignorowała to z godnością i wbiła wzrok w bliźniaków, przystając przy nich. Hermiona zmarszczyła brwi, obserwując tę przedziwną scenę i próbując wywnioskować o co chodziło, a Ślizgonka po prostu tam stała, mierząc rudzielców nieodgadnionym spojrzeniem i chyba bijąc się z myślami czy się odezwać, czy nie. Hermionie przyszło do głowy, że jej twarz przypomina trochę jedną z tych surowych królowych jakie oglądała w atlasie o starożytnych czarownicach. Skojarzenie cokolwiek dziwne w związku z Millicentą, ale jednak bardzo trafne, biorąc pod uwagę  nieprzejednany charakter i wzbudzający respekt wygląd.
George przeżuwał wolno swój lunch, patrząc na nią z rozbawieniem, natomiast Fred wyglądał jakby również nie mógł się zdecydować czy się uśmiechnąć, czy może lepiej tej konkretnej Ślizgonki nie wkurzać. W końcu Millicenta tylko skinęła im głową i skierowała się do wyjścia. W tym momencie Hermiona zatrzasnęła z hukiem podręcznik, prawie przyprawiając Parvati o zawał. Nie miała jeszcze wszystkich elementów układanki, ale to się zaczynało powoli formować w jedną wielką i bardzo podejrzaną całość.
– Wy dwaj! – syknęła. – Niech no tylko ktoś coś o tym wywęszy, wiecie ile możecie stracić punktów?! Możecie nawet wylecieć!
– Ależ o czym ty mówisz? – George przysunął się do niej, a Fred dosiadł się z drugiej strony.
– Skąd wzięliście owcę?
– Hermiono! – Fred złapał się za serce, a George przystawił sobie rękę do czoła.
– Ranisz uczucia nasze niewinne i czyste! 
– Jak możesz!
– I jeszcze wciągacie w to Rona, jak znam życie? – fuknęła.
– Ależ! – Ron się obruszył, przy okazji obryzgując nieco ziemniakami jej podręcznik, za co Hermiona jeszcze bardziej się zirytowała. – Żałuję, że mnie nie wciągnęli… – dodał ciszej.
– Hermiono, Hermiono… Zastanów się na kogo tak naprawdę jesteś zła? – manipulował George, podczas gdy Gryfonka zaniemówiła.
– Na nas? – Fred objął ją z drugiej strony, ale potem jakby się rozmyślił i opuścił rękę.
– Na siebie? – George zacmokał cicho.
– Ronalda?
– Rolanda?
– Nie, nie, George, ona jest na miesiącu miodowym. 
Panna Granger zareagowała na to przekomarzanie alergicznie i wycelowała palec prosto w rozradowane twarze psotników.
– Jeśli ktoś się o tym dowie, to będziecie w poważnych kłopotach!
– Hagrid – uznał tylko Fred.
– Co? – Hermiona była zbita z tropu. – Co ma do tego Hagrid?
– On byłby moim pierwszym podejrzanym, wygląda na takiego co wie skąd wziąć owcę.
– I to dokładnie taką, co to zafajda wykładzinę w te… Tentego, mini-wężyki.
– Słusznie, Gred. 
– No i nie żeby ktoś chciał jej też wcześniej dać kilka podejrzanych dropsów od Zonka, prawda Forge?
Bliźniacy mrugnęli do Hermiony porozumiewawczo, po czym razem wstali i wrócili na swoje poprzednie miejsca, ponownie szepcząc między sobą. Ślizgoni do końca dnia chodzili zmarnowani, natomiast Oliver Wood wyglądał jakby Boże Narodzenie nadeszło miesiąc wcześniej. Zmiana kapitana i każde możliwe zamieszanie dawało mu nadzieję na zdobycie pucharu.

***

– I na pewno wiesz co robisz? – Taffy rozejrzał się z niepokojem wokół, podczas gdy Bill majstrował intensywnie przy wejściu do piramidy i odmawiał udzielenia sobie jakiejkolwiek pomocy. Oświetlał teren mugolską latarką, bo jak wcześniej stwierdził na piramidach ciążyła potężna magia i jakiekolwiek zaklęcia mogłyby uruchomić pułapki.
– Synu, ja cię proszę – syknął Weasley, a Taffy go szturchnął, za co otrzymał znowu jeden z tych szelmowskich uśmieszków. – Jeszcze raz o to zapytasz, a cię tu zostawię.
– Bardzo śmieszne! – W głosie Davida zabrzmiała jednak ta niepewna nuta, której tak bardzo nie znosił, bo zawsze zdradzała jego prawdziwe uczucia.
Noc była aż nazbyt duszna, ale czasem zrywał się porywisty wiatr, zupełnie jakby wiekowy faraon protestował przeciwko naruszaniu swojego spokoju. Choć, w tym wypadku, była to raczej jego córka, ale jej zdanie w tej kwestii pozostawało bliżej nieznane. 
– Przypomnij mi jeszcze raz czemu zgodziłem się tu z tobą przyjść w środku nocy?
– Bo zbiera się na burzę piaskową, która ma trwać trzy dni? – Bill wsadził scyzoryk pomiędzy dwa hieroglify na płaskorzeźbie i pociągnął mocno. – A ja… Muszę! Zobaczyć tę piramidę. O. Hm, cholera… – Jeden z klocków odpadł, gdzieś w głębi piramidy szczęknął mechanizm. Obydwaj odsunęli się zachowawczo w tył.
– Teraz się modlimy? – zapytał cicho Taffy, a Bill schował scyzoryk i zaśmiał się głośno. Ziemia pod ich stopami zadrżała i przesunął się piasek.
– Jeśli znasz jakieś starożytne formułki do Setha…
David uznał, że z pewnością powinien poświęcić więcej niż jeden akapit na ten uśmieszek. Słowa tego w pełni nie opiszą. Nagle przed nimi odsunęła się kamienna płyta, odsłaniając wejście do piramidy. Wiatr zawył gdzieś w oddali, przynosząc ze sobą nawałnicę z piachu i bardzo niepokojących dźwięków pustyni.
– Chodź! – Bill wciągnął go za sobą, oświetlając drogę latarką. Taffy odchrząknął, kręcąc niepewnie głową, a potem poszedł za nim. Szli chwilę w ciemnościach pustym korytarzem, gdy nagle w półmroku rozległy się jakieś szelesty, a potem jakby szepty. David przylgnął do ramienia Billa, który zdawał się być w ogóle niczym nieporuszony.
– Boisz się? – mruknął, a w jego głosie czuć było rozbawienie.
– Żartujesz! Oczywiście! – Złapał go za koszulę. – Tam mogą być inferiusy! Albo co!
– Bajek się naczytałeś.
– Billy, ja piszę bajki, okej? – prychnął, zwolniwszy kroku.
Weasley zastanowił się chwilę, a potem wzruszył ramionami.
– Nikt mnie nie nazywa Billy – powiedział nagle.
– Przeszkadza ci to?
– Nie. Niespecjalnie. Więc piszesz bajki?
– Dla dorosłych.
– Dla dorosłych, hm? – Coś w głosie Billa sprawiło, że Taffy poczuł ucisk w dole żołądka, podświadomie uznając, że temu uczuciu też będzie musiał poświęcić niezły fragment książki, kiedy już się dowie co to takiego było. Zastanawiał się, czy starczy mu miejsca na opis jakiejkolwiek piramidy…
– Wiesz, jest wiele sposobów na spędzenie wieczoru, a ty bardzo chciałeś ze mną zwiedzić ruiny. – Bill zerknął na niego, nadal ani trochę nie bojąc się dziwnych odgłosów, ciemności czy też nagłej perspektywy pająków, czyli głównych trzech rzeczy które Taffy’ego przerażały.
– Wiesz, ja…
– Wiem. Piszesz książkę. – Zatrzymali się przy rozwidleniu dróg i po chwili studiowania hieroglifów na jednej ze ścian, Bill poprowadził ich w lewo. 
– Nie jest to najbardziej nieprzyjemne spędzenie wieczoru jakie mógłbym sobie wyobrazić – bąknął Taffy, wciskając ręce w kieszenie. 
– O nie. Ja z pewnością mógłbym pomyśleć o dużo gorszych. – Przystanęli na moment przy kolejnym skrzyżowaniu. Weasley oświetlał latarką jakieś miejsce przy uchu Taffy’ego i patrzył na niego w wielkim skupieniu.
– Nie ruszaj się, dobrze?
David zamarł z przerażeniem, oczekując jak najgorszego rozwoju wypadków i koszmarnego rozmiaru bardzo jadowitego pająka. Miliony myśli o nagłej śmierci przelatywały mu przez głowę. Zacisnął powieki. Bill wyciągnął rękę w stronę jego twarzy, a kiedy poczuł na ustach pocałunek, wciąż nie mógł ich otworzyć. Taffy uznał, że temu z pewnością będzie musiał poświęcić większość książki, jeśli nie całą.

***

Zauważyła go jak siedział na ławce, a kogoś o podobnym wzroście trudno było przeoczyć. Obok leżała torba, więc wymeldował się też z Trzech Mioteł. Sądząc po ilości niedopałków przy jego butach, musiał tu siedzieć od dawna.
Zastanawiała się czy Quincy Pikestone w ogóle posiadał jakieś ubrania, które nie były czarne. Sięgnęła dalej pamięcią i zorientowała się, że chyba kiedyś przyszedł do pracy w białej koszuli, choć to mógł być ktoś inny… I dlaczego nigdy nie nosił szat? 
– Birkie. – Zaciągnął się kolejnym papierosem i wypuścił dym w jej stronę. – Jak… Miło cię widzieć. – Uśmiechnął się krzywo, a potem schował szybko jakąś kartkę do kieszeni kurtki i odsunął swoją miotłę, żeby mogła usiąść. – Co tu robisz? Myślałem, że wracasz do Holyhead urżnąć Sharpowi łeb?
– Nie. Nigdzie nie byłam. To znaczy byłam, ale zaraz wróciłam i chodzę. W tę i z powrotem… – Nie wiedziała czemu, ale rzuciła swój kufer i wysłużonego Meteora na ziemię, klapnęła z niejaką ulgą na miejsce obok, a potem zabrała mu papierosa, zaciągnęła się i oddała. – Cholera, Quincy, nie mam pojęcia co robić. – Patrzył na nią, jak gdyby kontemplując wyrażenie oburzenia, że nazywa go po imieniu, kradnie mu papierosy i do tego jeszcze wzbudza w nim zakłopotanie, ale potem sam wrócił do palenia i zdecydował się tylko pokręcić głową. 
– Nie pytam dlatego, że mnie to obchodzi, ale… – Odchrząknął. – Czy coś cię… Trapi? – zapytał, jak gdyby podobne słowa były mu obce niczym język chiński.
– Nie mam roboty, nie wiem dokąd iść, nie chcę wracać do domu i, cholera, martwię się o Briana jak nie wiem co! – Wcisnęła ręce w kieszenie. 
– Ach tak. Twój… Chłopak? – Quincy od niechcenia przesunął dłonią po rączce swojej miotły, ale zauważyła, że posłał jej badawcze spojrzenie.
– Mój młodszy brat! Jest w Gryffindorze. Słyszałeś, że Syriusz Black próbował się dostać do zamku?! – Przysunęła się bliżej, a on się nie odsunął. Usiadła przodem do niego, krzyżując przed sobą nogi.
– Słyszałem – mruknął po dłuższej chwili milczenia. Potem zauważył, że wpatrywała się w niego wyczekująco, więc tylko sapnął ciężko i wbił w nią ostre spojrzenie.
– Birkie… Nie jestem dobry w te klocki.
– W przebywaniu z ludźmi? Wiem. Niemniej jednak mógłbyś wyrazić jakiekolwiek współczucie, wiesz?
– Birkie… – Wydawał się być zniecierpliwiony. – Masz nieznośną tendencję do kreowania niestworzonych historii. Black nie ma nic do twojego młodszego braciszka, szczerze wątpię, by groziło mu cokolwiek oprócz szlabanów i nieostrożnego macania dziewczyn na Wieży Astronomicznej.
– Akurat.
– Zaufaj mi. – Rzucił niedopałek na ziemię i dmuchnął dymem. – Musisz coś zrobić z tą twoją fantazją, to cię w końcu wpędzi w większe kłopoty niż się spodziewasz.
– Czego chcesz, Quincy? – Zaczynała się niecierpliwić. Nie potrzebowała słuchać jego kazań. 
– Hm. – Wykrzywił się znowu. – To pytanie powinienem raczej skierować do ciebie.
– Tak sobie… Uznałam, że się przysiądę. Zapytam jak mija dzień? – Przeczesała ręką włosy, co nie było najlepszym pomysłem, bo zwichrowała burzę loków jeszcze bardziej.
– Jak mija dzień… – Quincy pokręcił głową. – Spakowałem się. Zjadłem śniadanie. Nadal jestem bezrobotny. Chcesz wiedzieć co mi się śniło?
Gdy zauważył pełne zainteresowania spojrzenie Lukrecji, tylko parsknął.
– Birkie, jesteś straszną Puchonką. – Położył jej dłoń na twarzy i odsunął ją od siebie, a ona zamachała rękami.
– Puszczaj! Ale masz wielkie łapska! 
Zaśmiał się, a jego śmiech był tak samo głęboki jak głos, po czym wziął swoją torbę z ulicy i skinął Lukrecji głową. 
– Do widzenia, Birkie. 
– Ach tak? „Do widzenia“? – Uśmiechnęła się krzywo, wciąż trochę oszołomiona, bo nigdy jeszcze nie słyszała, by Quincy się z czegoś śmiał. Zawsze tylko prychał i fukał. – Idziesz na pociąg?
– A jak to wygląda? – Zważył w dłoni bagaż. – Jak na dziennikarkę kiepsko kojarzysz fakty.
– Wiesz. – Zerknęła od niechcenia na swoje paznokcie. – Ja tu przyleciałam.
– Bo jesteś za młoda i nie masz szacunku do poczucia komfortu. – Rzucił niedopałek na ziemię. – To przychodzi z czasem – dodał zarozumiale, ale w jego oczach dostrzegła wesołe błyski, których nie widziała tam nigdy wcześniej. 
– Założę się, że nawet już nie pamiętasz jak się lata. – Pokręciła głową i wstała. – Do widzenia, Quincy! – Pomachała mu wesoło i odwróciła się, odchodząc powoli, na tyle powoli, by jeszcze mógł ją dogonić. Sama nie wiedziała czemu tego chciała, ale chciała.
– Ach tak? – Usłyszała jak rzucił torbę na ławkę i ruszył za nią. – To po co mi ta miotła?
– Ja wiem? – Machnęła ręką, nie odwracając się. – Żeby podrywać łatwe czarownice?
Poczuła jak łapie ją gwałtownie w pasie, nawet nie zdążyła zaprotestować.
– To trzymaj się mocno – mruknął jej do ucha, przycisnął do siebie, a potem, sama nawet nie wiedziała kiedy, wzleciał z nią w powietrze. Nie skojarzyła nawet dobrze momentu oderwania się od ziemi. Słyszała swój własny pisk, chociaż nie pamiętała, żeby piszczała. 
– Cholera, Birkie! – Quincy zaśmiał się znowu, zapikował w dół, a potem poderwał miotłę i natychmiast wzlecieli w górę. – Nie krzycz. Myślałby kto, że nikt cię wcześniej nie porywał.
Siedziała po damsku na jego bardzo niestabilnej Świetlistej Smudze, chociaż nie można było odmówić tej miotle wielkiej elastyczności. Pikestone był koneserem. I lekkim psychopatą, to też. Patrzyła z przerażeniem w te czarne oczy, teraz rozbawione ponad wszelką przyzwoitość. Trzymała się kurczowo kurtki Quincy’ego i bała się oderwać od niego wzrok, zupełnie jak gdyby groziło to natychmiastowym upadkiem.
– To co? – Uśmiechnął się krzywo, objął ją jedną ręką w pasie, a drugą dotknął tylko drążka miotły, która natychmiast go usłuchała i ruszyła w górę. Lukrecja wstrzymała oddech i choć była przyzwyczajona do latania, to nigdy w ten sposób i trochę się obawiała o swoje życie. Quincy złapał ją mocniej i przelecieli nad dachami Hogsmeade, w stronę Hogwartu. Miotła osiągała prawdziwie zawrotne prędkości, musiał przy niej majstrować samodzielnie. Naprawdę miał więcej talentów niż początkowo oceniła. 
Zapikowali ostro przy Zakazanym Lesie, a potem przelecieli nad jeziorem tak nisko, że witki miotły i buty Quincy’ego zahaczyły o taflę wody. Nie był nieostrożny, latał brawurowo, ale wiedział co robił. Doceniła ten naprawdę wysoki poziom umiejętności, gdy w końcu udało jej się na chwilę oderwać od tych nieprzyjemnych czarnych oczu. Quincy z pewnością umiał latać i nikt nie musiał go o tym informować. Nie wiedziała ile czasu minęło, miała wrażenie, że godzina, choć pewnie były to minuty. Odstawił Lukrecję bezpiecznie obok ławki przy której się spotkali, a potem nonszalancko złapał swoją torbę i zarzucił miotłę na ramię, gdy ona zachwiała się i wpadła w błotnistą kałużę, widowiskowo ochlapując sobie spodnie. Zaśmiał się pod nosem, zimnym i kompletnie pozbawionym wesołości chrapliwym śmiechem, całkiem różnym od tego wcześniejszego, gdy przekomarzali się na ławce. Czyżby wtedy pozwolił sobie na za dużo? Który z nich był prawdziwy? Czy powinna coś powiedzieć? Nie, Quincy nie oczekiwał komplementów, wiedział, co zrobił. Jego ego z pewnością nie wymagało podreperowania, jeśli już – mogło być odrobinę zbyt duże. 
– Birkie. – Zacmokał ironicznie. – Jak zawsze pełna gracji. – Pogrzebał w kieszeni, wsadził papierosa do ust i podpalił go starą mugolską zapalniczką, którą zawsze nosił przy sobie. Tak, jeśli nawet wcześniej krążyły jej po głowie szaleńcze pomysły załagodzenia konfliktu, to teraz z pewnością je odgoniła. Wyświadczył Lukrecji tę jedną jedyną przysługę, informując ją o zamiarach Sharpa, to było jedyne przyzwoite zachowanie jakiego mogła uświadczyć od Quincy’ego Pikestone’a. Nie wiedziała jeszcze, czy zrobił to z przyzwoitości, czy z zemsty, ale na pewno nie z zazdrości, te głupoty natychmiast wywietrzały jej z głowy.
– Jesteś absolutnym chamem, Pikestone! – warknęła, a potem tupnęła specjalnie  w sam środek kałuży, również go ochlapując. Nawet się nie odsunął, chociaż uśmieszek natychmiast spełzł mu z twarzy. 
– A czego się spodziewałaś? – burknął, już nie tak pewny siebie.
– Mówiąc szczerze, myślałam, że latasz jak baba, ale proszę. – Oczy płonęły jej ogniem. Była wściekła, że dała się tak łatwo podejść. Miała rację. Wyobraźnia okazywała się czasem jej największym wrogiem. Pozwoliła sobie wyobrazić zbyt wiele. Quincy prychnął z irytacją i rzucił niedopalonego papierosa na ziemię.
– Mam pociąg do złapania, pozbierasz się jakoś? 
Patrzyła jak odchodzi, dalej nie mogąc powstrzymać wściekłości i niezwykłej ochoty ulepienia błotnistej kuli i posłania jej prosto w ten jego zakuty łeb.

***

Harry był wdzięczny Ronowi i Hermionie, że zostają razem z nim na święta w Hogwarcie. Wiedział, że robią to po części ze względu na niego, choć bardzo się wypierali, ale nie miało to żadnego znaczenia. Boże Narodzenie nigdy nie było przez niego specjalnie wyczekiwanym czasem w roku, aż do momentu gdy trafił do Hogwartu. Hermiona upierała się, że nie ma ochoty kolejny raz jechać z rodzicami na narty, a Harry jej nie wierzył, ale to powód Rona najbardziej go zastanowił, ponieważ musiał go z niego wyciągnąć siłą. Siedzieli w Pokoju Wspólnym i po raz kolejny przegrywał z Weasleyem w szachy, gdy ten w końcu puścił farbę:
– Rozmawiałem z mamą. Jadą z tatą odwiedzić Billa w Egipcie.
– I nie chciałeś jechać? – zdumiał się Harry. 
– Zwariowałeś. Nawet nie wiesz co się tam teraz wyprawia!
– A co, zamknął się w piramidzie? – Potter próbował zażartować, ale sądząc po minie Rona, nie bardzo mu wyszło. Przyjaciel zmarkotniał do tego stopnia, że można by pomyśleć, że coś się faktycznie stało i Harry poczuł wyrzuty sumienia, do momentu, gdy usłyszał:
– Owszem. Ze swoim nowym chłopakiem. – Ron zbił gońca Harry’ego i pokręcił głową. – Tata nie jest zachwycony, ale mama uznała, że przynajmniej zrobi na święta jeszcze jeden sweter.


9 komentarzy:

  1. No, to teraz już wszystko mi się bardzo podoba. xD Chociaż Bill i Taffy nadal zdecydowanie najbardziej, no bo wiadomo, priorytety, priorytety. I czekam na obiecany sweter, na pewno będzie piękny i fluffy, jak znam Molly. Omg, Fluffy Taffy... *chwila sugestywnej ciszy* Jestem już bardzo nieprzytomna i po winie, ale... Fluffy Taffy. W ogóle chcę Hagrida. Myślisz, że Snape pozwolił mu zatrzymać owcę? Niech Hagrid zatrzyma owcę. Napiszę petycję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fuuuuuu! Bill gejuszkiem?! Nie nie nie :P To było zaskakujące :D
    Sev wymiata :D może przygarnie owce? albo przerobi ją na eliksir? ;<
    Pozdro :D
    k.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mi się podoba. Oczywiście Taffy i Bill są na pierwszym miejscu, ale reszta też bardzo fajna. Jakoś mi bycie gejem pasuje do Billa, a Taffy... od razu wiedziałam, że tak będzie. Jaki sweter dostanie? Powinien być duży i pluszowy. Dużo za duży, bo takie są fajne.
    Sev wymiata. Kurczę, złapałby tą owcę i miałby kolejne okropne rzeczy do konserwowania w słoikach, a tak? Się chyba nie postarał, oj.
    Te ślady to Lupin? Była pełnia? Podoba mi się. Chociaż trochę bym się bała wtedy dotykać tego błota. Cholera wie, może to się przenosi również za pomocą blota z łap...
    Pozdrawiam ;)
    P.S. Tak, naprawdę wszystko nadrobiłam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podoba :) Ojej, naprawdę mi miło. Hehe, Bill/Taffy to był mój plan od początku, Bill jest taki mru, że aż musiałam mu znaleźć fajnego chłopaka. Powiadomię o swetrze jak tylko Molly zdecyduje się na wełnę!
      Pozdrawiam,
      O.

      Usuń
  4. Ojejku jejku jej!
    Pierwsze gej-party, no nie mogę. Zdecydowanie mnie to zaskoczyło, ale co tam! Widziałam dziwniejsze paringi i dopóki nie zagejujesz Snape'a możesz sobie robić, co chcesz.
    Numerem jeden tego odcinka jest dla mnie owca, które wręcz obudziła we mnie opiekuńcze instynkty. Mam nadzieję, że jest cała i zdrowa, a Ślizgoni nic jej nie zrobili. No i chętnie bym się dowiedziała, jak Snape uporał się z wełnianym kryzysem w dormitorium.
    Ach i jeszcze ten Hagrid, który "wygląda na takiego co wie skąd wziąć owcę". I chyba nie tylko.

    Ukłony,
    M.Szalona

    OdpowiedzUsuń
  5. Oleńska, co to za obijanie się? :P kiedy nowy rozdział? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wystąpiła pewna trudność o nazwie "życie", ale dziewiąty już jest napisany i wkleję niebawem :) Uprasza się o cierpliwość!

      O.

      Usuń
  6. Bill homo <3 albo bi, uwzględniając przyszły kanon.
    Komentuje tylko dlatego, ze ostatnie zdanie o Molly i jej swetrach chwyciło mnie za serce <3 uwielbiam Twoie opowiadania!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. KANON PRECZ! :D O matko, ktoś to czyta! Ty to czytasz! Jestem wzruszona, DZIĘKUJĘ! <3

      Usuń