wtorek, 18 sierpnia 2015

III

Część III

A/N: Zwykle tego nie robię, ale Lipcova Panna mnie zainspirowała, więc jeśli ktoś ma ochotę, załączam soundtrack do tej części, KLIK! Aha! Oczywiście specjalna dedykacja dla Wee, całe szaleństwo jest dzięki niej ;)

Profesor R.J. Lupin nie był wielkim fanem wstawania w nocy z łóżka, o ile nie zmuszały go do tego okoliczności. Jako nauczyciel w Hogwarcie musiał jednak podjąć pewne obowiązki, również te mniej przyjemne, jak szwendanie… To jest dyżury. Sprawdzanie, czy uczniowie są w łóżkach i nie łamią nakazu ciszy nocnej wydało mu się nad wyraz ironiczne, prawdopodobnie dlatego profesor McGonagall patrzyła na niego w ten sposób, gdy dziś rano rozdawała nauczycielom rozpiskę – a już myślał, że po prostu była sentymentalna. 
Gdy tak przemierzał korytarz na drugim piętrze i obserwował śpiące obrazy, jego samego dopadł sentyment, i to całkiem znienacka. Ile razy włóczył się po tych samych miejscach? Pogłaskał w zamyśleniu ramę wielkiego obrazu przedstawiającego tygrysa, teraz zwiniętego w kłębek w wysokiej trawie sawanny. Miał wrażenie, że Łapa, Lunatyk, Rogacz i Glizdogon istnieli w jakimś innym życiu. Czy to za nim było przejście prowadzące do lochów? Remus cofnął gwałtownie rękę. Nie. Na pewno nie. Te czasy dawno minęły. Nie należało do tego wracać. Pójdzie schodami.

***

– Georgie, miałem pewne wątpliwości, ale ten plan jest absolutnym strzałem w dziesiątkę!
Fred Weasley obejrzał jeszcze raz swoje odbicie w lustrze i mrugnął do niego cwaniacko. Jako, że lustro było magiczne, odbicie zaraz odmrugnęło.
– A nie mówiłem? – George oparł się nonszalancko o ścianę i wyjrzał ukradkiem zza winkla, wypatrując czy nikt nie nadchodził. – Jesteś pewien, że wszyscy prefekci już się wymyli?
– Sto procent. – Fred poprawił krawat pod szyją i zmierzwił sobie grzywkę. – Obserwowałem wejście.
– I nikt cię nie widział? – Wyjął z kieszeni Mapę Huncwotów i rozłożył ją całą, obserwując okolice łazienki prefektów.
– George, ja cię proszę, z kim rozmawiasz, co? – Fred otrzepał szatę i obrócił się jeszcze raz dookoła. – Siedziałem za pomnikiem Edmunda Żarłocznego…
– Straszny grubas, słusznie.
–  … ostatni wlazł Percy, a Diggory ma dzisiaj dyżur na siódmym piętrze.
– Dobra, świetnie. – George wsadził mapę do kieszeni, upewniwszy się, że Severus Snape właśnie zmierzał do gabinetu dyrektora. Nie zastanawiał się za bardzo, czemu. Ważne, że był daleko od celu ich wyprawy. – No, to starczy już tej toalety! – Złapał brata za rękaw i sapnął, kręcąc głową na to, co Fred miał na sobie. – Nie przyzwyczaję się. Abominacja.
– Nie przesadzaj. Wprawdzie zielony nie wpływa korzystnie na te oczęta niewinne i błękitne…
– Dopiszę do listy porwanie mundurka jakiegoś Krukona.
– Widzisz, jak ty mnie rozumiesz!
George pstryknął palcami w tarczę Slytherinu, która teraz zdobiła dumnie pierś jego bliźniaka. Przyjrzał się jej uważnie. Było coś niecnego w minie tego węża, że też wcześniej tego nie zauważył.
– Wiesz, nie mam nic przeciwko Slytherinowi samemu w sobie. – Fred uśmiechnął się szeroko. – Po prostu Ślizgoni…
– Zużywają za dużo powietrza? Zgadzam się. – George popchnął lekko drzwi łazienki prefektów i wyjrzał ostrożnie na korytarz. Kiedy już się upewnił, że są bezpieczni, pociągnął brata za sobą i pobiegli cichaczem w stronę schodów prowadzących na dół. Przywarli na chwilę do ściany, nasłuchując, czy nigdzie nie słychać kroków Filcha – chwilowo było cicho, na szczęście woźny nie aspirował nigdy do kariery prima balleriny i jego kroki zawsze dało się łatwo usłyszeć.
– Nadal nie mogę uwierzyć, że Penelopa tak po prostu dała ci hasło do łazienki – szepnął George konspiracyjnie.
– Nadal nie mogę uwierzyć, że zwinąłeś mi mundurek Millicenty Bulstrode!
– Ćś! To dla większego dobra.
– Racja. Odbijemy sobie te punkty od Snape’a, a co! Gdzie Lupin ma dziś ten dyżur?
George znowu pogrzebał w kieszeniach i wyciągnął zwiniętą podczas śniadania rozpiskę.
– W lochach. Chodź!
Plan był dziecinnie prosty. Narobić hałasu w lochach, dać się złapać nauczycielowi, który ich nie zna, wpakować Slytherin w kłopoty. Bułka z masłem, nie takie rzeczy się wyczyniało. Kiedy właściwe schody leniwie podjechały do bliźniaków, wskoczyli na nie i, przeskakując po kilka stopni na raz, zbiegli na niższe piętra. George przystanął przy przejściu do Wieży Astronomicznej.
– Idziemy tędy? – zapytał, a Fred wyjął z jego kieszeni Mapę Huncwotów i zerknął na nią szybko.
– Przejściem za kominkiem? – Zauważył, że profesor Sinistra również przebywa aktualnie w gabinecie dyrektora, a za chwilę dołączyła do nich Branwen Owens. Nie zastanawiał się nad tym za bardzo, może jakieś zebranie? Jeśli tylko Lupin będzie w lochach, wszystko pójdzie zgodnie z planem. – Dobra sugestia, szanowny panie – uznał z emfazą i schował pergamin do kieszeni.
– Ależ nie ma za co, drogi panie. Ups! – Pędząc w stronę schodów do wieży, Fred prawie strącił z cokołu popiersie Zygmunta Skwaszonego, który z zaistniałej sytuacji nie był zbyt zadowolony. – Najszczersze wyrazy ubolewania! – Weasley poklepał pomnik po łysinie i pobiegli dalej.
Zamek był pogrążony w ciemnościach, nocnej eskapadzie bliźniaków akompaniowało tylko sporadyczne pochrapywanie któregoś z portretów na ścianach. Nagle, kiedy już prawie dotarli do lochów, usłyszeli kroki. Dowcipnisie w ostatniej chwili wcisnęli się za stojącą przy ścianie zbroję. Ktoś, oświetlając sobie drogę różdżką, szedł powoli korytarzem, mlaszcząc głośno. Zaraz, zaraz. Mlaszcząc? Filch nie miał w zwyczaju mlaskać. Pani Norris też o to nie podejrzewali. Dwie rude głowy wychyliły się zza halabardy z nieco większą pewnością siebie. 
– Neville? – Fred uniósł brew, a George zręcznie złapał jedną z babeczek, gdy wystraszony młodszy Gryfon krzyknął i wyrzucił w powietrze ich cały stosik.
– F-Fred? George? – Położył sobie wymownie rękę na mostku, oddychając ciężko, nadal trochę zdenerwowany. – Merlinie, myślałem, że to Snape!
– Ha! – Bliźniacy wyszli zza zbroi i rozejrzeli się w terenie. 
– Jest na dywaniku u Dumbledore’a – powiedział Fred, podnosząc jedno ciastko z podłogi.
– Poza tym pewnie powitałby cię raczej czymś w stylu… – George odchrząknął i wyprostował się z emfazą.
– Longbottom! – zawołał Fred przyciszonym głosem, zaraz genialnie imitując złe spojrzenie mistrza eliksirów. Neville zbladł jeszcze bardziej.
– Ty pokrako eliksiralna! – dodał George.
– Co robisz…
– … o tej porze…
– … w moich lochach! – zakończył Fred dramatycznie, przykładając rękę do czoła niczym Hamlet.
– Gdzie w wolnym czasie ćwiartuję zwłoki. – George zakończył wolną interpretację na temat Nietoperza i mrugnął do Neville’a, a ten rozchmurzył się nieco, chociaż tylko nieco.
Bliźniacy zgodnie przybili sobie piątkę, a ich młodszy kolega z Gryffindoru westchnął ciężko. Zajadanie emocji być może za bardzo nie pomagało, ale co zrobić, kiedy jutro czekały na niego podwójne eliksiry? 
– Właściwie to… – Longbottom podniósł z ziemi jedną z babeczek i chuchnął na nią, znanym starożytnym sposobem pozbywszy się w ten sposób wszelkich zanieczyszczeń i zarazków. – Co wy tu robicie? I czemu masz na sobie mundurek Slytherinu? – zapytał Freda, który wyszczerzył do niego zęby.
– Bardzo dobre pytanie, Neville! 
– Świetne wręcz, rzekłbym – dodał George.
– Doskonałe!
– Pięć punktów dla Gryffindoru!
– Nie powiemy – zakończyli zgodnym unisono, złapali każdy za jeden łokieć pulchnego Gryfona i poprowadzili go w stronę obrazu, który był przejściem do kuchni.
– Tak z innej beczki, do tych babeczek przyda ci się jeszcze… – George wziął sobie ze stosika jeszcze jedną, z błękitnym lukrem.
– Herbatka – wtrącił Fred, przypadkowo upaćkawszy mundurek Milicenty cukrem-pudrem i próbując się teraz pozbyć plamy.
– Na sen.
– Zdrową pracę nerek!
– Bardzo ważne!
– No, dalej! My się tu wszystkim zajmiemy.
– Kiedy ja właśnie przed chwilą…! – Neville próbował protestować, ale na nic się to zdało.
– Dobrze, dobrze. – George już miał połaskotać gruszkę na obrazie, gdy nagle z drugiego końca korytarza doszedł ich aż nazbyt znajomy głos:
– To wszystko twoja wina, mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę! – warknął Snape, swoim najlepszym tonem „Zejdź mi z oczu!“. 
Bliźniacy wcisnęli się znowu czujnie we wnękę za zbroją, a Neville porzucił ciastka i próbował się schować, ale nie było dla niego miejsca. W końcu przywarł bezmyślnie do obrazu, licząc, że wtopi się w tło. Fred walnął się dłonią w czoło, a George próbował dawać znaki, żeby uciekał, ale na nic się to zdało. Wystarczył sam głos Snape’a i biedny młody Longbottom był sparaliżowany strachem.
– Chyba sobie kpisz, ty przerośnięty gacku! – rozległ się jakiś inny głos, wybitnie kobiecy i obcy. Fred zmarszczył brwi, trącając George’a w ramię. Ten bez słowa zaczął szperać i spróbował ukradkiem wyciągnąć Mapę Huncwotów. – Oczekuję przeprosin i to zaraz! Cholerna Auriga, nie wiedziałam, że Krukoni to takie kapusie. A jaka była miła przy śniadaniu, co za dwulicowa oślica!
– Jak zwykle dajesz świetny przykład, Owens, więc nie ma co się dziwić, że Dumbledore jakoś się dowiedział o zdemolowaniu Trzech Mioteł, ty kompletna wariatko.
– To był tylko kufel, ty niewychowany ropuchu!
– Oczywiście – uznał jadowicie. – Nie widziałem dyrektora w takim stanie odkąd byłaś tu uczennicą, moje gratulacje.
– Daj spokój, to twojemu domowi odjął punkty! – Zawahała się chwilę. – A nie, czekaj…
Zapadła chwila milczenia, a kroki na chwilę ustały. Neville rozglądał się w panice w poszukiwaniu kryjówki. Jeśli teraz połaskocze gruszkę, ta będzie chichotać, a to z pewnością zwabi tu Snape’a. Wszyscy wiedzieli, że nic mu tak nie poprawia humoru jak wlepianie szlabanów, a biedny Gryfon po prostu nie miał nerwów na kolejnego wyjca od babci. Jeśli Augustę Longbottom akurat naszła ochota, potrafiła wynaleźć bardzo bolesne synonimy na słowo „porażka“.
– Merlinie, Owens, dostałaś o jeden raz tłuczkiem za dużo? – Mistrz eliksirów w końcu odzyskał nad sobą panowanie, teraz jego głos zyskał ten przerażający, jedwabisty ton sugerujący straszliwe tortury w męczarniach, o ile rozmówca zaraz nie da mu spokoju. Jednoręki Bandyta nie takie rzeczy widziała i naturalnie miała to gdzieś.
George postukał palcem w mapę, a Fred zmrużył oczy, próbując dojrzeć w zielonkawym świetle lochów. Tuż za zakrętem, dosłownie o parę metrów od nich, stali Severus Snape i Branwen Owens, wyraźnie zbyt zajęci kłótnią, żeby rozejść się do swoich kwater. Bliźniacy spojrzeli po sobie z niepokojem. Akurat dwoje nauczycieli, którzy byli z Domu Węża! Nie będą zbyt zadowoleni jeśli nakryją jednego z Weasleyów na podszywaniu się pod Ślizgona.
– Zamknij się, Snape, nie muszę tego dłużej słuchać! – Na szczęście wciąż się sprzeczali, to mogło im dać trochę czasu na ucieczkę. 
Neville uznał natomiast, że zniesie karę z godnością, więc teraz wgryzł się w miękką babeczkę z lukrem i wyraźnie postanowił, że co tam, raz się żyje. Równie dobrze może tu poczekać, aż Snape skończy się denerwować. Miło było dla odmiany posłuchać, jak znęca się nad kimś innym. 
– To, że będziesz musiał czekać do rana, żeby na kogoś naskakiwać, nie zwala na mnie obowiązku znoszenia twoich kretyńskich uwag. Jesteś zwykłym tyranem.
– Wzajemnie – wycedził mistrz eliksirów, z wyraźnym jadem w głosie.
– W takim razie czemu tu jeszcze jesteś? – Bran była bardziej rozbawiona niż zezłoszczona, chociaż kłócenie się ze Snape’em sprawiało jej wyraźną przyjemność. Bliźniacy, patrząc na siebie wymownie, zgodnie uznali w myślach, że Ślizgoni to po prostu jakiś odmienny gatunek.
– Gdybyś nie zauważyła, to ty zlazłaś za mną aż do lochów.
– A jak inaczej miałam ci uświadomić, że jesteś kompletnym bałwanem? – Zapadła chwila ciszy. – Jak stąd wrócę do skrzydła północnego?
Severus odchrząknął wymownie. Neville dobrze znał to chrząkanie, zawsze poprzedzało specjalny zestaw spojrzeń z cyklu „Jesteś pyłem pod mym butem“.
– Nie wywracaj na mnie oczami, bezczelny nietoperzu, sto lat nie byłam w tym zamku!
– Nie drzyj się, kobieto! – Rozległ się szelest szat, Snape wyraźnie zamierzał odejść, ale ona go złapała. – Chcesz wrócić do dyrektora na dywanik, bardzo proszę – warknął – ale mnie w to znowu nie mieszaj! A teraz puszczaj!
– Sam się drzesz niemożebnie, mógłbyś zacząć popijać jakieś ziółka na uspokojenie, to podobno pomaga.
– Jeszcze jakieś uwagi? Pytania? – wysyczał, tak nienawistnie, że wpędziłby w kompleksy bazyliszka Slytherina.
– Tak, właściwie to… Jak się nazywa ta maszyna na jego biurku, co robiła „Ping!“?
Znowu zapadła cisza, bliźniacy teraz już z trudem tłumili chichot. Coraz bardziej żałowali, że są na piątym roku i nie będą mieli okazji uczestniczyć w lekcjach profesor Owens, bo ktokolwiek w ten sposób dręczy znienawidzonego Nietoperza Hogwartu musiał być naprawdę równą babką.
– Owens… – Gdyby w nie wierzył, w tym momencie Snape wznosiłby modły do wyższych instancji, by dały mu siłę i pozwoliły tej przeklętej kobiety nie uśmiercić na miejscu. Dumbledore nie byłby zadowolony… Severus nie chciał, żeby Slytherin stracił jeszcze więcej punktów.
– Wiedziałam, że nie wiesz!
– Przestań w końcu się drzeć! Strzygę byś wpędziła w kompleksy!
– Chyba chciałeś powiedzieć: banshee.
– To jedno i to samo, idiotko.
– O nie, wypraszam sobie! Z nas dwojga to ja miałam Wybitny z opieki nad magicznymi stworzeniami i jestem w stanie się założyć, że…
– Banshee? Opieka… Owens, kretynko! Banshee to demony, a nie pufki! Czy ty zdałaś w ogóle jakiekolwiek SUMy? 
W rankingu porządnych nauczycieli według bliźniaków Weasley, Branwen Owens właśnie zdobywała prowadzenie. Nawet Neville trochę się uspokoił. Nikt, kto dręczył Snape’a w ten sposób, nie mógł być oczywiście do końca zwykłym śmiertelnikiem, bo nauczyciel eliksirów to absolutne ucieleśnienie zła wszelkiego, ale przecież ta kobieta latała na miotle z jedną ręką. Werdykt jest zatem jednoznaczny: właśnie dzięki niej uniknęli nocnej pogadanki od Naczelnego Postrachu Hogwartu, za co należały jej się owacje.
– Wiesz o co mi chodzi! To nie to samo. Może jeszcze chcesz mi wmówić, że wampiry się nie odbijają w lustrze?
– Bo się nie odbijają! – Snape był absolutnie zirytowany i nie zostawił jej w lochach tylko dlatego, że teraz wzięła górę jego nieodparta chęć udowodnienia tej wariatce, że jest też kompletną kretynką. – A opieka nad magicznymi stworzeniami to bezsensowny przedmiot, jak cała twoja kariera edukacyjna. Daję ci tu miesiąc.
– Ha! Po prostu wiesz, że się mylisz. Banshee to nie strzygi, tak samo jak strzyga to nie zmora i…
Dalsza wypowiedź została stłumiona, zupełnie jakby ktoś jej zasłonił usta.
– Aua! Gdzie mnie ciągniesz? – zawołała znowu, jej głos dobiegał teraz z jeszcze większej odległości.
– Idziemy do biblioteki. 
Neville odetchnął z ulgą. Niebezpieczeństwo minęło.
– Snape, to moja jedyna ręka, jak mi ją urwiesz, to cię zabiję!
– Bez ręki? Pozwolisz, że podejmę to… Nieprawdopodobne ryzyko.
Kiedy tylko kroki w korytarzu ucichły, bliźniacy wyszli ostrożnie zza zbroi. Neville wyglądał jakby naprawdę osiągał stan przedzawałowy, bo przez ułamek sekundy myślał, że Snape jakimś cudem umilkł, bo zabił Bran spojrzeniem i teraz zmierza w tym kierunku. Na szczęście mocno się zaangażował w tę utarczkę słowną, Godrykowi niech będą dzięki. George naprawdę Neville’owi współczuł, Snape był straszny, ale nikogo nie wprowadzał w taki stan nerwicy jak młodego Longbottoma. Życie jest niesprawiedliwe, powinien się pojawić ktoś, kto w równym stopniu uprzykrzyłby mistrzowi eliksirów życie, jak on uprzykrzał je uczniom.
– Uff, było blisko! – powiedział cicho Neville. – Myślałem, że już po nas!
George pokiwał głową. Być może ich prośby właśnie zostały wysłuchane? Jeszcze nigdy nie słyszał, żeby stary Nietoperz tak bardzo dawał się komuś podpuszczać.
Fred wyplątywał ostrożnie swój mundurek, którym zahaczył o zbroję. Niestety, chwilę później rozległ się odgłos dartego materiału, a rudzielec zaklął cicho pod nosem. Ściągnął z siebie wierzchnią szatę, oglądając stopień zniszczeń. Niech to szlag! W końcu będzie musiał te szmaty zwrócić, a nie uśmiechało mu się być ofiarą zemsty Milicenty Bulstrode. Jeśli by się oczywiście dowiedziała, że to on tak załatwił jej ciuchy, do czego nie zamierzał dopuścić. Ta dziewczyna była naprawdę silna, Fred widział kiedyś jak znokautowała Goyle’a za to, że próbował ukraść jej z torby wypracowanie z eliksirów. Naprawdę nie chciałby być zmuszonym do konfrontacji z Milicentą, bo przecież Ślizgoni Ślizgonami, ale nie uderzy dziewczyny!
– Co tam robisz? – George nachylił się do brata.
– Podarłem jej szatę – mruknął Fred w odpowiedzi, usiłując sobie przypomnieć jakieś inteligentne zaklęcie łatające dziury.
– No to co? Zostaw.
– Niekoniecznie chce mi się potem przyznawać, że te siniaki są od Milicenty, wiesz?
– Jakie siniaki?
– Moje hipotetyczne siniaki, jak już mnie spierze za zniszczenie jej mundurka!
– Jak ma się w ogóle dowiedzieć, że zwinąłeś jej mundurek! Ściągaj te szmaty, zabieramy je z powrotem. Wracamy do planu jutro, teraz jest już prawie druga w nocy.
– Jakiego planu?
Bliźniacy prawie zapomnieli, że Neville wciąż tam stoi. 
– Eee, nieważne, Neville. Nie chcesz się w to wtrącać, to takie…
– Wczuwanie się w sytuację bliźnich poprzez przejścia milę w ich butach! To jest… Szatach.
George posłał bratu zniecierpliwione spojrzenie.
– Pięknie, ty moja poetesso domorosła. A teraz chodźmy, zanim Snape sobie przypomni, że biblioteka jest już zamknięta.

***

Hermiona Granger miała w tym roku wielkie ambicje. Po pierwsze, zdać wszystkie przedmioty co najmniej na Powyżej Oczekiwań. Po drugie, naprawdę uniknąć wychlapania Harry’emu i Ronowi o Zmieniaczu Czasu, bo przecież złożyła profesor McGonagall tak solenną przysięgę i została obdarzona tak wielkim zaufaniem… Chociaż czuła się trochę jak zdrajczyni, w końcu chłopcy byli jej przyjaciółmi i zawsze mówili sobie o wszystkim. Poczucie winy jednak trochę zelżało, gdy przypomniała sobie jak burkliwy Ron był ostatnio i jak atakował jej Krzywołapka gdy ten nawet spojrzał w stronę Parszywka. Nie, żeby właśnie łamała szkolny regulamin, bo przeklęty kot postanowił wybrać się na nocną eskapadę i zaginąć gdzieś w zamku… Ale Ron czasem potrafił być dupkiem. Zwłaszcza ostatnimi czasy.
– Krzywołapku! – Pół krzyknęła, pół szepnęła, gdy po raz trzeci przemierzała korytarz piątego piętra. 
To było bez sensu. Koty sobie radzą, a już szczególnie tak duże jak Krzywołap. Powinna wrócić do dormitorium, zanim wpadnie w kłopoty.
– Hermiono?
No właśnie. Chociaż tym razem miała szczęście, że to nie nauczyciel.
– Neville? 
Za chwilę, razem z Neville’em, do korytarza weszli bliźniacy Weasley, z czego jeden z nich w szkolnym mundurku… Slytherinu?
– Co wy tu…? – Zerknęła na zieloną tarczę przy szkolnej szacie i zdecydowanie pokręciła głową, a jej puszyste włosy zafalowały energicznie. – Ja nawet nie chcę wiedzieć.
– Ach tak? – George uśmiechnął się łobuzersko, łapiąc ją pod ramię. – A co ty tu robisz, panno Granger? Tak bezczelnie…
– … nie w łóżku? – dokończył za niego Fred, stając po jej drugiej stronie i łapiąc pod drugie ramię. Neville uprzejmie zaoferował Hermionie ostatnią babeczkę, ale Gryfonka pokręciła głową. Już umyła zęby.
– Szukam mojego kota – odparła, zgodnie z prawdą.
– Cóż za zbieg okoliczności, my też! 
– My też? – bąknął Neville, a Fred zmarszczył nos.
– Tak, my też. – George posłał bratu stanowcze spojrzenie, korzystając z faktu, że zwykle umieli porozumieć się bez słów i jego bliźniak na pewno załapie, o co mu chodziło.
– A tak! Właśnie. – Owszem, załapał. Uznał, że lepiej w ten sposób, niż tłumaczyć się z mundurka i ich niecnego planu, w który teraz było wplątanych stanowczo za dużo osób. – Usłyszeliśmy jak wołasz, więc oto my! Twoi rycerze. – Machnął ręką, rozglądając się dookoła. – A teraz gdzie ten kot? 
– Żebym to ja wiedziała… Sprawdźmy przy bibliotece, ale jeśli go tam nie będzie, to ja się poddaję.
– Słusznie. – George pokiwał gorliwie głową. – Nie myślałem, że to kiedyś powiem, ale…
– Do biblioteki! – zakończył Fred entuzjastycznie.
Neville poszedł za nimi, uznając, że ta noc i tak nie może być już bardziej dziwna. Mylił się. Całkowicie zapomnieli, kto jeszcze był głodny wiedzy. Pod zamkniętymi drzwiami stali Severus Snape i Branwen Owens, znowu na siebie warcząc. Czwórka Gryfonów przystanęła gwałtownie, ale było już za późno. Snape ich zauważył i uznał, że ten wieczór nie jest jednak skazany na porażkę, jak na początku sądził. Jego żółte od nikotyny zęby zgrzytnęły o siebie, a zapadniętą, bladą twarz rozjaśniło coś na kształt uśmiechu, choć równie dobrze mógł to być nienawistny grymas, ze Snape’em nigdy nic nie wiadomo.
– Proszę, proszę… Kogo my tu mamy? – Założył ręce na piersi, teraz krzywiąc się jeszcze bardziej, cedząc sarkastycznie wyrazy w najpaskudniejszy sposób na jaki było go stać. 
– Profesorze, my…
– Milcz, Granger! Rok szkolny się dobrze nie zaczął, a ty już wtrącasz nos w nieswoje sprawy – wycedził jadowicie, bardzo zadowolony z takiego obrotu spraw, gdy za jego plecami Branwen grzebała bezskutecznie przy zamku do drzwi biblioteki. – Gdzie Potter? – warknął.
– Jakie sprawy? – Hermiona była mocno zdezorientowana. – Harry? Harry jest w łóżku, profesorze, wyszłam, żeby odnaleźć mojego kota i…
– O, masz kotka? – Zza wysokiego i ponurego nauczyciela wychyliła się zaraz rozczochrana głowa Bran. – Jak się nazywa?
– K-Krzywołap, pani profesor – bąknęła zaskoczona Hermiona. – Właśnie go zgubiłam i chłopcy wyszli pomóc mi szukać kiedy…
– Bezczelne kłamstwa, dobrze wiem, że coś knujecie! – Snape odsunął Branwen bezceremonialnie na bok. – Pięćdziesiąt…!
– Severus, nie strasz dzieci. – Bran szarpnęła Snape’a za rękaw i pociągnęła za sobą w stronę zamkniętych drzwi biblioteki. – Dziewczyna zgubiła swoje zwierzątko, miejże serce, paskudny nietoperzu. Idźcie szukać, tylko nie kręćcie się po zamku za długo! – rzuciła do Gryfonów, podczas gdy powieka Snape’a znowu zaczęła nerwowo drgać.
– Chyba kpisz, kobieto! – Zgrzytnął zębami i wyrwał się z jej uścisku, chociaż musiał przyznać, że jak na istotę jednoręką i drobną – choć niezwykle irytującą, była naprawdę silna. – Muszą zostać ukarani, złamali regulamin!
– Regulamin? – Bran uśmiechnęła się krzywo. – Mam ci przypomnieć jak warzyłeś po nocach nielegalne substancje na środku Pokoju Wspólnego, Panie Regulamin? – Zacmokała cicho, kręcąc głową, podczas gdy bliźniacy spojrzeli na siebie porozumiewawczo. George złapał Hermionę w pasie i pociągnął zdecydowanie w kierunku wyjścia z korytarza, a Fred próbował ruszyć Neville’a, ale niestety. Sama obecność Snape’a sprawiła, że biedny Longbottom ani drgnął.
– Jak śmiesz podważać mój autorytet? – syczał tymczasem Snape, a jego oczy ciskały gromy. Na Branwen w ogóle nie robiło to wrażenia. Stała tam i uśmiechała się kpiąco.
– A kto mnie od dwóch dni wyzywa od kretynek przy ludziach? A teraz szybciej, bo nie mogę się doczekać jak przeczytasz na głos definicję banshee! – Nachyliła się nad zamkiem przy drzwiach i wyciągnęła z kieszeni różdżkę. – Rzuć no jakimś zaklęciem, przestań się tam irytować! – Pomachała Snape’owi ręką przed twarzą, a raczej w jej okolicach, bo sięgała mu ledwo do łokcia. Hermiona, nadal nie mogąc uwierzyć w to, czego jest świadkiem, odchrząknęła cicho.
– Pani profesor, może ja? – Wyciągnęła różdżkę. – Aperio!
Zamek w drzwiach szczęknął, a Snape trochę się otrząsnął i zaraz odsunął od Branwen na większą odległość, niż była konieczna. W ciągu ostatnich dwóch dni stanowczo zbyt często gdzieś go szarpano lub ciągano i miał tego serdecznie dość. Jego przestrzeń osobista zajmowała nie bez powodu areał dwa razy większy od przeciętnego (zdrowego psychicznie) zjadacza chleba i była absolutnie nienaruszalna!
Merlinie, w której jesteś klasie, młoda damo? – zakrzyknęła profesor Owens, a Hermiona spłonęła rumieńcem.
– W trzeciej, pani profesor.
– Absolutnie fantastyczne! – Zerknęła na szatę Hermiony. – Pięć punktów dla Gryffindoru!
Snape wyglądał teraz jakby miał wybuchnąć. Zaraz przypomniał sobie o tym, co się właściwie dzieje. Złapał Branwen stanowczo za fraki i nachylił się do niej tak blisko, że prawie stykali się nosami. Jego czarne, zimne oczy były w nią wlepione jak oczy jastrzębia w ofiarę i wyrażały absolutną, czystą furię:
– Co ty sobie myślisz, ty podróbko jakkolwiek rozumnej istoty! – warczał. – Uczniowie są poza łóżkami w środku nocy, a ty przyznajesz im punkty za głupie zaklęcia?!
– No, to było bardzo zaawansowane zaklęcie, sam musisz przyznać. A teraz chodź, nie ma powodu do…
– Owens, czy tobie się mózg ugina pod ciężarem życia?! Longbottom! Nawet nie próbuj uciekać! Gryffindor traci…!
– Severusie? Tak myślałem, że słyszę twój głos. Co tu się dzieje?
Do korytarza wszedł właśnie bardzo zdumiony Remus Lupin, oświetlający sobie drogę różdżką. Snape wyglądał, jakby za chwilę miał zacząć mordować.
– Czy w tym zamku nikt nie śpi?! – zakrzyknął. 
Jeden z portretów przestał chrapać, przyłożył palec do ust i powiedział głośno „Ćśśś!“, ale mistrz eliksirów w ogóle już nie zwracał na nic uwagi. Wpadł w szał, bliźniacy byli zachwyceni, a Lupin zastanawiał się, czy to już są jego halucynacje z niewyspania, czy jeszcze nie. Być może Severus też się nie wysypiał, bo nie wyglądał na szczęśliwego.
– Gryffindor traci dwadzieścia punktów za każdego z was! Longbottom – tygodniowy szlaban, Weasley…! – Przyjrzał się uważniej, a Hermiona z przerażeniem zaczęła się zastanawiać, czy Snape przypadkiem umiał widzieć w ciemności. Po takim mrocznym indywiduum można się w sumie wszystkiego spodziewać. – Czy to jest mundurek mojego Domu?! – wysyczał nienawistnie, więc jednak widział, choć może była to raczej wina połyskującej jasno różdżki Lupina. – Kolejne dwadzieścia punktów od Gryffindoru, daj mi to! 
Fred posłusznie zdjął z siebie szaty i krawat Milicenty, patrząc na Snape’a z mordem w oczach.
– Ach, rozrywki człowieka głęboko nieszczęśliwego. Wyglądał jakby mu nieźle ulżyło. Uszanowanko, Lupin! – powiedziała wesoło Bran, kiedy mistrz eliksirów, łopocząc dramatycznie szatami, zniknął za zakrętem korytarza, mamrocząc jeszcze coś pod nosem o absolutnych kretynach i niedorzecznych kobietach.
– Bran. – Remus skinął jej głową, wyraźnie zdumiony. – Czy ktoś mi wytłumaczy, co się właściwie stało?
– Hermiona zgubiła kota, profesorze – palnął George, a Fred szturchnął go łokciem i pokręcił głową, żeby dał sobie spokój. Jak oni teraz wytłumaczą utratę tylu punktów! Przez Snape’a Gryffindor był już chyba na minusie.
– Ach tak – uznał Remus. – Bardzo mi przykro – zwrócił się do Hermiony, która tylko pokiwała głową.
– Znajdzie się. – Westchnęła ciężko, bo perspektywa powrotu do Pokoju Wspólnego po tak spektakularnej utracie punktów nagle wydała jej się okropnie trudna.
– To my już pójdziemy, pani profesor… – wymamrotał Neville, cały czerwony na twarzy. – Dobranoc, profesorze.
– Tak, dobranoc. – Remus podrapał się wolną ręką w głowę. 
– Tak, tak. Ale hej, nie przejmujcie się! – powiedziała za nimi Bran. – Mam takie przeczucie, że pierwszoroczni Gryfoni okażą się jutro wybitni z latania – mrugnęła do bliźniaków, a oni zaraz zrobili się odrobinę weselsi. Wiedzieli, że była w porządku! Odrobinę raźniej poszli w stronę schodów na siódme piętro.
– Właściwie, Lupin, jak to dobrze, że wpadłeś – zwróciła się do niego, kiedy Gryfoni już zniknęli im z oczu. – Czy mógłbyś mi opowiedzieć coś o banshee?

5 komentarzy:

  1. Bran jest całkowitym przeciwieństwem Snape'a i przez to jest przeciwieństwem wszystkiego za co Snape'a do tej pory gorąco nienawidzę, więc poważnie ją kocham. Bardzo mi się podoba jej radosne nastawienie i ciepłe podejście do Gryfonów. Wiadomo, że Ślizgoni górą, no ale. :3 Bran jest absolutnie boska. I lubi kotki! Merlinie F/M, yes please. Ze Snapem zgodziłam się tylko w jednym punkcie, wtedy kiedy zaczął rozmyślać o Hogwarcie w ramach zamku, który nigdy nie śpi, ale to i tak dużo, jeśli spojrzeć na naszą niekompatybilność i moją do niego awersję. Neville is love!

    OdpowiedzUsuń
  2. płakałam... płakałam ze śmiechu :D ten rozdział jest fenomenalny ! :D bardzo podoba mi się to jak opisujesz historię ze strony różnych bohaterów :) Uwielbiam Bran i Severusa razem :D
    Pozdrawiam :D

    ps to co... opowiesz nam coś o banshee?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie, komentarze karmią Wena! :) Poświęciłam cały rozdział zmorze w Laudanum, nie chcę zanudzać czytelników, w następnym rozdziale będzie niewielka wzmianka, ale głównie poświęcimy uwagę… Dręczeniu mistrza eliksirów ;)
      Pozdrawiam,
      O.

      Usuń
  3. Blog został dodany do Biblioteki Hogwartu

    OdpowiedzUsuń
  4. "– Czy w tym zamku nikt nie śpi?!"
    Umarłam.

    OdpowiedzUsuń