Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

niedziela, 20 września 2015

X

A/N: Za betę dziękuję niezastąpionej Wee! Tym razem Wen zaszalał ;)

Część X

Minęły święta i nadszedł nowy rok, mamiąc Anglię chwilową złudą odwilży tylko po to, by luty zmroził wszystko doszczętnie i bezlitośnie. Około kwietnia profesor Lupin zaczął wyglądać coraz gorzej, tajemnicza choroba rozkładała go bardziej i bardziej, a Harry Potter nie mógł powstrzymać się przed podejrzewaniem w tym udziału Snape'a, który z niewiadomych powodów od grudnia wyglądał na… Zadowolonego z życia? To możliwe? Z wiadomych względów, już samo w sobie było nieco szemrane.
Rozgrywki w quidditcha nabierały tempa odkąd Gryffindor pokonał Ravenclaw, którego nie uratował nawet błyskawiczny refleks panny Chang. Z początkiem kwietnia nikt oprócz Hermiony Granger nie myślał o egzaminach końcowych, wszyscy czekali na zapowiedziane od dawna dogrywki Gryfonów i Ślizgonów. Odkąd Harry Potter z niewiadomego źródła otrzymał Błyskawicę, Oliver Wood chodził jak w transie, często mamrocząc coś do siebie i zawalając transmutację z powodu opracowywania pod ławką tajnych strategii gry i sposobów wykrycia słabych punktów drużyny Slytherinu. Profesor McGonagall, jak można się domyślić, nie była tym zbytnio zachwycona, ale skrycie miała nadzieję, że tym razem Gryffindor zwinie Slytherinowi Puchar Quidditcha sprzed nosa.  Severus Snape być może przestanie wtedy z tymi swoimi uwagami pełnymi jadu, które tak lubił wygłaszać w pokoju nauczycielskim pod adresem drużyny z jej Domu. Niestety dla niej, odkąd Christensen zmodyfikował skład, drużyna Ślizgonów była coraz lepsza, dlatego im bliżej do rozgrywek, tym bardziej atmosfera w Hogwarcie napinała się jak guma, która lada chwila miała pęknąć z hukiem. 
Wszyscy denerwowali się czymś, każdy miał swoje problemy, a zwłaszcza młody Robert Wilson, który jak się zdaje zawalał eliksiry. Cały Gryffindor wiedział też na przykład, że stolik pod ścianą w Pokoju Wspólnym należy do Hermiony Granger. Najbystrzejsza wiedźma w szkole pod koniec ostatniego semestru zaczęła odczuwać coraz bardziej ciężar obowiązków, które sama na siebie nałożyła. Przesiadywała dniami i nocami, zawalona książkami i notatkami, niedospana, burcząc i prychając na każdego, kto odważył się jej przeszkadzać w przygotowaniach do egzaminów. Ona i Ron warczeli na siebie jeszcze intensywniej niż zwykle, dlatego Harry coraz częściej wychodził polatać, nie mogąc znieść przebywania wśród ich wzajemnych jadowitych uwag i czepialskich komentarzy. 
Pewna Ślizgonka zdawała się podzielać jego sposób na odreagowanie – od niedawna nagminnie widywał na boisku Millicentę Bulstrode, która z coraz większą precyzją panowała nad tłuczkami. W ostatnim meczu Slytherinu rozgromiła kilku potężnych graczy bardzo udanymi zagraniami i z pewnością była nowo odkrytym atutem drużyny Olafa Christensena. 

***

Taffy dreptał niepewnie w tę i z powrotem przed furtką własnego, prywatnego rodzinnego domu, podczas gdy Bill stał cierpliwie z założonymi rękami i czekał aż jego chłopak łaskawie raczy odnaleźć swoje jaja. A przecież wiedział, że tam są. Był naocznym świadkiem.
– I jak? – zapytał w końcu.
– Nie będą zachwyceni – mruknął nieszczęsny pisarz, wyłamując sobie palce.
Bill skrzywił się nieco, bo nie znosił tego dźwięku.
– Chcesz mi powiedzieć, że twoja rodzina nie wie, że…?
– Nie.
– A. – Rudzielec pokiwał głową. – To by wiele wyjaśniało.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – Taffy przystanął w końcu, wydeptawszy ładną ścieżkę w żwirze. Bill pokręcił głową i poklepał go po ramieniu. 
– Chcesz, to wejdź tam i po prostu mnie przedstaw. Nie chcesz… To nie musisz. Innym razem. Albo nigdy. – Wzruszył ramionami. Davida trochę zatkało.
– Ale jak to?
Bill przekrzywił głowę.
– Nie musisz mi składać żadnych deklaracji. Jesteś dorosłym facetem. – Uśmiechnął się krzywo. – Mówię ci o tym w razie, gdybyś zapomniał. – Mrugnął do niego i objął go w pasie.
Taffy był od niego trochę niższy i zawsze go trochę rozbrajało, gdy Bill go tak obejmował. Weasley był od niego dużo młodszy, a dosłownie składał go do kupy. David zastanawiał się czasem, czy naprawdę jest taki znowu dorosły. Coraz bardziej dochodził do wniosku, że na pewno nie. Być może sporadycznie, ale nie dziś.
– I na serio chcesz ich poznać? – Podrapał się w brodę, którą ostatnio udało mu się zapuścić i której Bill z całego serca nie cierpiał.
– Na pewno chcę ich poznać. – Bill wziął jego twarz w dłonie i uniósł sugestywnie jedną brew. – Chyba nas nie zjedzą, co? Twój tata zna jakieś koszmarne klątwy?
– Na twoim miejscu obawiałbym się raczej mojej młodszej siostry.
– Naprawdę?
– Nie, ale może zacząć używać obelg, których istnienia byś nie podejrzewał. – Taffy pokręcił głową i pokazał mu furtkę. – Zapraszam – sapnął.
Nie zdążyli nawet zapukać, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie i w drzwiach stanęła Gwendoline.
– Tak myślałam, że to ty się czaisz tam przy płocie. – Porwała wnuczka w objęcia, a kiedy ten już ledwo łapał oddech, zerknęła na Billa. – A ty coś za jeden?
– William Weasley, proszę pani. – Skinął jej głową z szacunkiem i uśmiechnął się, miał nadzieję, czarująco.
– Co tak suszysz zęby? Wchodź, bo ciepło ucieka!
Obydwaj zostali wciągnięci do bardzo przytulnego domu, w którym pachniało szarlotką i mocną, angielską herbatą. Bill został usadzony przy dużym stole w kuchni, gdzie siedział Slatero Birkie, zasłonięty porannym wydaniem „Proroka Codziennego“.
– Zabierz w końcu tę przeklętą politykę od stołu! – Seniorka rodu złapała gazetę niecierpliwie i wsadziła ją do piekarnika, zanim Taffy w ogóle zdążył się z ojcem przywitać.
– Ależ Gwendoline… – Pan Birkie dopiero zauważył syna i jakiegoś obcego rudzielca, który właśnie został postawiony przed faktem dokonanym w postaci talerza ciasta i ogromnego kubka herbaty. 
– Taffy? – zapytał niepewnie Bill.
– Po prostu jedz. – David położył rękę na ramieniu swojego chłopaka i uściskał krótko ojca, który poprawił okrągłe okulary na nosie.
– A ty to kto? 
– Bill Weasley, proszę pana.
– Ach tak. Bill Weasley. Znam jednego Weasleya. – Slatero wyczyścił okulary wielką chustką w fioletowe grochy i wstał, gdy Gwendoline, mrucząc coś pod nosem, poszła na chwilę do salonu. 
– Mój tata pracuje w…
– Tak, tak. Urząd Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli. – Slatero wyjrzał z kuchni, czy seniorka rodu nie nadchodzi, podczas gdy Taffy zerknął na swojego chłopaka i wziął głęboki wdech. Uznał, że teraz albo nigdy.
– Tato, Bill to mój chłopak. Bill i ja. Spotykamy się. – Głos mu trochę zadrżał i poczuł jak ręce również. Bill właśnie przeżuwał szarlotkę, a pan Birkie szybko otworzył piekarnik i zdawał się być powyższą informacją w ogóle nieporuszony.
– Tak, to bardzo miło, ale dlaczego ta starucha chce mi zjarać gazetę! – Wyciągnął pomiętego „Proroka“ i z zadowoleniem usiadł na swoim poprzednim miejscu, chuchając nieco na nadpalony róg dodatku z ogłoszeniami.
– Tato? – zaczął David nieśmiało, ale pan Birkie był już w swoim świecie. Taffy nie mógł się powstrzymać, by nie posłać Billowi spojrzenia pod tytułem „A nie mówiłem?“, a Weasley tylko się uśmiechnął i dalej pożerał ciasto. Na razie nic nie wskazywało na taką tragedię, jaką odmalował Taffy. William coraz bardziej podejrzewał, że jego chłopak miał po prostu sporą tendencję do koloryzowania. 
Gwendoline wróciła do kuchni, a zaraz za nią weszła eteryczna istota w postaci matki Taffy’ego. Nalała sobie kawy do brudnej szklanki i zapatrzyła się w okno, gdy Gwendoline nałożyła Billowi więcej ciasta, tylko spostrzegłszy pusty talerz. David pomasował nasadę nosa.
– Dzień dobry, mamo.
– David. – Matka uśmiechnęła się do niego z rozmarzeniem, jak gdyby zobaczyła go po raz pierwszy w życiu. Jej piękna twarz cała się rozpromieniła na widok syna.
– Taffy – poprawił ją, ale nie zareagowała.
– Przesuń się, kochanieńka, gdzieś tu nastawiłam imbryk herbaty. – Babcia krzątała się po kuchni i próbowała zetrzeć córce z policzka zieloną plamę z tempery, a Taffy w każdej chwili oczekiwał, że Bill ucieknie z krzykiem przez okno. 
Nic takiego się jednak nie stało, pożerał szarlotkę i uśmiechał się do swojego chłopaka coraz radośniej, stanowczo zbyt dobrze się bawiąc. David był załamany. Jego wielkie wyznanie rodzinie wcale nie tak miało wyglądać, dlaczego, na Merlina, wszyscy przyjmują to jakby oznajmiał, że kupił nowe buty!  Wiedział, że z jednej strony powinien się cieszyć, ale skłonna do dramatyzmu osobowość w ogóle mu na to nie pozwalała. Slatero wyciągnął tymczasem swoją fajkę i zza gazety zaraz zaczęły wylatywać kłęby siwego, pachnącego wiśnią dymu, co stanowiło jedyną oznakę faktu, że pan domu jeszcze jest obecny ciałem, bo duchem już na pewno nie.
Głośny tumult w korytarzu zaraz wyrwał Davida z rozmyślań. Nadchodził test ostateczny. Lukrecji w spadku genetycznym dostały się chyba wszystkie emocje całej rodziny, bo jako jedyna dawała po sobie poznać, że czymś w ogóle się przejmuje.
– Słodka Morgano, ale miałam dzień! – Rzuciła torbę na podłogę, pocałowała babcię, strzepnęła jeden but pod stół, uściskała matkę, ojca, a potem jej wzrok padł na Taffy’ego, który ze wszystkich sił starał się wcisnąć między ścianę a lodówkę, kompletnie straciwszy już nadzieję.
– TAFFY! – Rzuciła się bratu na szyję, prawie go miażdżąc w uścisku. – Co tu robisz! O, a ten to kto?
– Bo ja właśnie…
– Bill Weasley – wymamrotał Bill pomiędzy herbatą a szarlotką, bardzo zadowolony z ogólnego zamieszania i faktu bycia karmionym.
– Miło mi. – Potrząsnęła energicznie dużą dłonią Łamacza Klątw. – Taffy, on też jest pisarzem?
– Mój… Jest moim chłopakiem.
– O Merlinie! – Lukrecja opadła powoli na wolne krzesło, a Gwendoline wypiła co miała w filiżance i natychmiast wyciągnęła z kieszeni fartucha piersiówkę.
– No ładnie – uznała seniorka.
– Mamo. – Cat zmarszczyła brwi, patrząc sceptycznie na alkohol.
– Za wcześnie na małe martini?
– Jest czternasta! – Cat pokręciła głową i podsunęła matce swoją filiżankę. – Oczywiście, że nie. Nalej do pełna.
David, niewzruszony, podszedł do siostry i wziął ją za rękę, uznawszy, że sytuacja powinna być chociaż trochę poważna. Tymczasem jego wielki coming out w ogóle nie był ani trochę dramatyczny i wszyscy godzili się z tym stanowczo zbyt szybko i co on, na Merlina, miał teraz opisać w swojej przyszłej autobiografii!
– Lu, wiem, że nie jesteś zachwycona, ale…
– Nie! Nic nie rozumiesz, musicie mi obiecać, że jak najszybciej się pobierzecie i adoptujecie jakąś małą Chinkę, żebym chociaż miała bratanicę! – Lukrecja parsknęła śmiechem, a potem poczochrała bratu włosy. – Ja tu ginę, sami faceci w rodzinie! W każdym razie, zaraz muszę lecieć do Londynu, bo mi Skeeter żyć nie da, wstrętna krowa! – Zrzuciła drugi but gdzieś w kąt i przysunęła sobie ciasto. 
Lukrecja, otoczona teraz w dziennikarskim światku niesławą dzięki brakowi jakiegokolwiek taktu ze strony Kastora Sharpa, wzięła jedyną dostępną pracę w jaka została po rezygnacji z poprzedniej, mając nadzieję, że uda jej się odbić od dna. Rita Skeeter łaskawie uczyniła ją swoją osobistą asystentką i uczyniła z życia Lukrecji piekło.
Bill podzielił się szarlotką tylko ze względu na to, że słyszał o tym od swojego chłopaka i gorąco dziewczynie współczuł takiej szefowej, a poza tym jeszcze nigdy nie udało mu się wywołać u Taffy’ego takiego rumieńca i musiał się od Lukrecji koniecznie dowiedzieć jak to robić.

***

Branwen Owens sędziowała dogrywkom Slytherinu z Gryffindorem i coraz bardziej wątpiła w pozytywne zakończenie tego meczu. Gra była zażarta, prawdziwie dynamiczna, ale nad wyraz agresywna, faule latały na prawo i lewo, a na domiar złego lało jak z cebra. Jakby komukolwiek brakowało wrażeń, ostatnio w okolicy znów widziano Syriusza Blacka. Dementorzy, głęboko tym faktem rozemocjonowani, o ile dementor w ogóle emocje jakieś miał, wzmocnili straż wokół zamku i tylko czekali, by ktoś ich sprowokował. Lucjusz Malfoy również był obecny. Teoretycznie mógłby podtrzymać jakiekolwiek pozory bycia ojcem i powiedzieć, że przyszedł oglądać wielki mecz syna, ale tak naprawdę został w związku z tym, że i tak nadzorował wcześniejszą egzekucję Hardodzioba. Siedział na trybunach Slytherinu z grobową miną, co jakiś czas mamrocząc coś do Severusa Snape’a, który wyraz twarzy miał równie pogodny.
Slytherin zdobywał prowadzenie, bezbłędna ocena sytuacji przez nowego pałkarza przysporzyła Gryffindorowi sporo problemów i jeszcze więcej kontuzji.
– Hej, Bulstrode! – Fred podleciał do Millicenty, kiedy ta właśnie posłała tłuczka w stronę Pottera. – Uważaj z tym sprzętem!
Ślizgonka zaśmiała się drwiąco i starła krople deszczu z oczu. Czarna grzywka przylepiła jej się do czoła, a szata do ciała. Fred osobiście uznał, że nigdy nie wyglądała piękniej.
– Zajmij się swoją połową boiska, Weasley, bo chyba przegrywacie! – krzyknęła i zrobiła szybki unik, bo prosto na nią leciała Alicia Spinnet z kaflem pod pachą.
– Tylko o dziesięć punktów, to nic! – Rudzielec wyszczerzył zęby, po czym podleciał do brata, który właśnie próbował obronić Harry’ego przed napastliwą piłką wysłaną do niego przez Millicentę. 
Na boisku pojawił się znicz, ale i coś jeszcze. Harry kątem oka zauważył czarne szaty i zadrżał mimowolnie, ale dzięki lekcjom z profesorem Lupinem już wiedział co robić. Tym razem nie zawali meczu, choćby nie wiadomo co! Przywołał do siebie najbardziej szczęśliwe wspomnienie, o którym mógł pomyśleć na poczekaniu, i wypowiedział zaklęcie. Z końca jego różdżki błysnęła świetlista, srebrna smuga, której Harry nie miał czasu podziwiać, bo w tym momencie zauważył znicza, błyskającego tuż nad głową drugiego pałkarza Slytherinu, Briana Taylora. Potter skręcił delikatnie drążek miotły i pognał w tamtą stronę, ale nie zdążył – zaraz obok usłyszał bzyczenie tłuczka i uchylił się dokładnie w ostatniej chwili, inaczej agresywna piłka niechybnie rozpłatałaby mu czaszkę.
– Bulstrode! – usłyszał gdzieś obok pełen pretensji krzyk Freda, choć może był to George, a zaraz potem mignęła mu niedaleko Millicenta, śmiejąca się triumfalnie.
– Harry! – Oliver Wood machnął na niego z dołu, gdzie Branwen Owens właśnie ochrzaniała Christensena za jawny faul na Katie Bell. Zagwizdała głośno w gwizdek sędziowski i zarządziła przerwę. Deszcz zacinał coraz mocniej, ale wyglądało na to, że być może niedługo się przejaśni. Stanowiłoby to pewne ułatwienie dla wszystkich, bo mecz był zażarty, Slytherin prowadził aż dwieście sześćdziesiąt do dwustu pięćdziesięciu. To chyba najdłuższa rozgrywka w najnowszej historii Hogwartu.
– Uważaj tam na siebie, Potter. – Oliver zdjął gogle z szyi i położył Harry’emu dłoń na ramieniu. – Świetny mecz, panowie! – Pomachał do bliźniaków, którzy z nietęgimi minami usiedli na chwilę na ławce. 
– Jakim cudem Dumbledore znowu wpuścił na boisko dementorów? – zapytał Harry, a Oliver wyszczerzył zęby.
– Oczywiście, że nie wpuścił – powiedział. – Ślizgoni próbowali sprawdzić, czy znowu… Będziesz miał trudności. – Zerknął z ukosa na przechodzącą obok nich zmachaną drużynę Slytherinu. Nie mógł powstrzymać wrażenia, że wszyscy z coraz większą kurtuazją odnosili się do Millicenty, która szła przodem i zaraz dostała od drugiego pałkarza ręcznik, żeby mogła chociaż wytrzeć włosy.
– Ale jak to? To nie byli…? – Harry powrócił do tematu.
– Nie. Przebrani Ślizgoni. I powiem ci, Potter, że twój patronus napędził im niezłego stracha. Cholera, nie wiedziałem, że umiesz wyczarować patronusa, stary! To poważna magia – dodał z uznaniem Oliver.
Harry poczuł jak robi mu się głupio, ale też był z siebie dumny. Więc w końcu się udało! Prawdziwy patronus! Był tylko ciekaw…
– Nie pamiętasz jakiego był kształtu? – zapytał z nadzieją
– O, nie. Wybacz, nie patrzyłem. To był twój pierwszy?
– Pierwszy, który miał jakąkolwiek postać, tak sądzę. Wcześniej były tylko błyski i smugi.
– Wydaje mi się, że to było coś na czterech nogach, Harry, ale nie zwróciłem uwagi. 
– Cóż. – Młodszy Gryfon machnął ręką, a potem zdjął okulary i przeczyścił je po raz setny już chyba w ciągu ostatnich dwóch minut. – Oliver, nie widziałeś gdzieś Hermiony? – Przyszło mu do głowy, że mogłaby ponownie rzucić to sprytne zaklęcie na jego okulary, widoczność miał niemalże zerową. 
– Nie, nie widziałem… Może jest na trybunach? – Wood zerknął w stronę kibiców Gryffindoru, a potem wzruszył ramionami. – Ale dasz radę? Harry, Slytherin prowadzi tylko dziesięcioma punktami, ale jeśli złapiesz znicza…! – Oczy Wooda aż iskrzyły i Harry poczuł, że jeśli go zawiedzie, nigdy sobie nie wybaczy. Pokiwał więc gorliwie głową. 
– Jasne! 
Profesor Owens gwizdnęła znowu. Przerwa dobiegła końca, kafel znów był w grze. Bran rzuciła go w górę, a obydwie drużyny wzbiły się błyskawicznie w powietrze. Pierwsza do piłki dopchała się Angelina, a Harry okrążał boisko z wysoka, szukając znicza. Tym razem złota piłeczka pojawiła się dużo szybciej – zaraz dostrzegł ją daleko w dole, ale wtedy coś jeszcze zwróciło jego uwagę. Gdzieś nad Zakazanym Lasem rozległ się grzmot, a potem pojawiły się potężne błyskawice. O poprawie pogody nie mogło już chyba być mowy. Chwilę później zobaczył coś naprawdę mrożącego krew w żyłach, niezależnie od tego czy umiał wyczarować patronusa, czy też nie, bo to w tej chwili nie byłoby żadną obroną. Znad koron drzew musiało nadlatywać w ich stronę co najmniej ze stu dementorów. 
Ich czarne, eteryczne sylwetki i kaptury, a także wrażenie grozy, które ze sobą przynosili sprawiło, że Harry’emu na chwilę zabrakło sił na jakiekolwiek działanie, był dosłownie jak sparaliżowany. Wszyscy na trybunach poczuli się w ten sam sposób, a w oddali znowu rozległ się grzmot. Profesor Dumbledore wstał ze swojego miejsca, ale Harry nie zwracał uwagi, bo dokładnie w tym momencie zobaczył dwie malutkie postacie i jedną jeszcze mniejszą, które biegły w stronę Bijącej Wierzby. Potem niemal zleciał z miotły: zza pnia czarodziejskiego drzewa wyskoczył najprawdziwszy Ponurak: ogromny, czarny pies, który porwał pierwszą postać i… Wciągnął ją do drzewa, które nagle znieruchomiało!
Harry nie zwracał już uwagi na nic. Znicz i mecz nie miały znaczenia, bo krzyki i nawoływania, które doszły do jego uszu, nie mogły być niczyimi innymi jak Rona i Hermiony. Zerknął ostatni raz w stronę znicza i poczuł, że musi wybierać i to szybko. Poszybował w stronę dementorów z bijącym mocno sercem, na tyle prędko, na ile pozwalała jego Błyskawica. Wyciągnął różdżkę, przywołując ostatnie wspomnienie, które zadziałało tak dobrze i posłał przed siebie drugiego patronusa, któremu tym razem dokładnie się przyjrzał. Połyskujący, srebrny jeleń pognał przed siebie w powietrzu, torując Harry’emu drogę do Bijącej Wierzby.



2 komentarze:

  1. Ehehe, rodzinka Taffy'ego jest taka pokręcona, że naprawdę mam ochotę z nimi zamieszkać. I taki zaborczy Bill. Rozumiem jego zamiłowanie do ciasta. If I share food with you, it means I care. I ten mecz! Czyżby jednak Ślizgoni mieli wygrać? Czyżby prof. McGonagall miała znosić uśmieszki i uwagi Severusa aż do następnego tomu?? Czyżby Malfoy miał złapać znicza??? Emocje rosną, panie i panowie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nadrabiam zaległości, gdy tylko trafię na internet. Wychodzenie z szafy Taffiego absolutnie traumatyczne. Tylko okazji do dramatu, a tu nici. Hihi, biedny pisarzyna.
    Pozdrawiam,
    Szalona

    OdpowiedzUsuń