Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

wtorek, 20 października 2015

XVI

A/N: Kochani, zbliżamy się do wielkiego finału, to nie jest alarm próbny! Podziękowania błyskawicznej, cudownej Wee :)


Część XVI

Bill przestąpił z nogi na nogę, rozglądając się po Zakazanym Lesie i chuchając w dłonie. Wcisnął ręce do kieszeni, starając się nie zmarznąć. Im bliżej grudnia, tym chłodniejsze wieczory. Kilka dni temu zaczął padać śnieg, chociaż pogoda jeszcze nie mogła się zdecydować, czy rozpocząć zimę na dobre, czy jeszcze dać Anglikom fałszywą nadzieję. Gdzieś z oddali dobiegły Billa pokrzykiwania i komentarze smokerów, próbujących poskromić rozjuszone gady. Z niepokojem spojrzał w stronę swojego brata, który właśnie z trudem pomagał karmić samicę rogogona węgierskiego. Po wszystkim Charlie podszedł do niego nieco niemrawym krokiem, ściągając z rąk grube rękawice i maskę z twarzy. 
– Nie jestem pewien, Charlie, ale tym razem Dumbledore chyba nie docenił inteligencji swoich uczniów – powiedział Bill, patrząc na smoki z powątpiewaniem.
– Co masz na myśli? – Smoker zdjął z siebie kurtkę i cisnął cały osprzęt pod któreś drzewo. Jeden z gadów właśnie prawie trafił go strumieniem ognia, przez co rozregulowało mu się znowu poczucie temperatury. Bill zacmokał z dezaprobatą i podszedł do brata, by zobaczyć, czy nic mu nie jest. Stanowczym gestem nałożył mu kurtkę z powrotem. 
– Mówię tylko, że naprawdę sądzisz, że nikt się nie domyśli co jest grane? Ogień i pomarańczowe łuny nad lasem? Przecież te dzieciaki nigdy nie śpią. – Uznawszy, że jedyną szkodą są z lekka nadpalone z jednej strony włosy, zostawił Charliego w spokoju. 
– Mów za siebie. Ja się nie szlajałem po zamku.
– Nie, nie. Zwłaszcza nie z Tonks.
– Nie wiem o czym mówisz.
Nagle od strony ścieżki wyłoniła się potężna postać Hagrida, który pomachał do braci energicznie. Razem z nim szła niezwykle wysoka i niemniej zjawiskowa madame Maxime. Gdy tylko zauważyła smoki, oczy aż jej rozbłysły.
– Ooch! Oni taki piękni, 'Agrid! – zachwyciła się nad wyraz głośno, a Hagrid zaraz się wyprostował i napuszył. 
– Cześć, Hagridzie. Kim jest twoja urocza przyjaciółka? – Bill wyszczerzył zęby, a dyrektorka Beauxbatons zachichotała pod nosem.
Hagrid odchrząknął i przedstawił ich sobie, jednym okiem wciąż obserwując niebezpieczne gadziny. Któryś ze smoków musiał zionąć ogniem, bo wśród drzew zapłonęła pomarańczowa łuna i szereg smokerów zaraz rzucił się do ugaszania pożaru. Charlie trochę się zaniepokoił i zerknął w tamtą stronę. Żaden z braci nie zauważył, że gajowy był aż nadto poruszony i ciągle się rozglądał. Nie tłumaczyła tego nawet randka, zachowywał się bardzo dziwnie nawet jak na siebie – choć z drugiej strony, kto normalny zabiera kobietę na romantyczny wypad do Zakazanego Lasu, by oglądać prehistoryczne jaszczury?
– Hagridzie, chyba nie powinniście tu tak stać, nie wszystkie były karmione i może się zrobić niebezpiecznie – powiedział poważnie Charlie, na co Bill parsknął cicho.
– Czego się cieszysz? – Młodszy Weasley odwrócił się na pięcie, patrząc na niego ze świętym oburzeniem. Madame Maxime wyglądała na zmieszaną.
– Nic, po prostu mówisz o tych bestiach jakby były twoimi dziećmi.
– Ja tylko tłumaczę, że niektóre jeszcze nie dostały jeść i mogą być rozdrażnione, czy to takie trudne do-…
– W porząsiu, Charlie. Chyba już pójdziemy. Tak. Smoki, cholibka. – Hagrid odchrząknął z wyjątkowym zdenerwowaniem i znowu rozejrzał się dookoła. Rzucił jeszcze jedno tęskne spojrzenie smoczym jajom i wrócił do zamku razem ze swoja towarzyszką, podczas gdy bracia zajęli się żywiołową dyskusją na temat smoków, dzieci i smoczych dzieci. Nikt nie wiedział, że za drzewami czaił się ktoś jeszcze – niejaki Harry Potter, szczelnie ukryty pod peleryną-niewidką i bardzo zaniepokojony wizją pierwszego zadania Turnieju Trójmagicznego. 
Cały następny dzień Gryfon spędził na biciu się z myślami. Madame Maxime należała do tych kobiet, których reputacja jest zawiła i niejasna, z jednej strony na pewno chciała Hagrida trochę wykorzystać i wyszło jej to znakomicie – Fleur niniejszym zyskała przewagę w przedbiegach. Harry nie wątpił też, że Igor Karkarow jakimś sposobem dowie się o smokach, chociaż o Kruma specjalnie się nie martwił – miał zgoła inny dylemat. Nagle odezwała się w Potterze hogwarcka solidarność, bo zorientował się, że jedyną osobą całkowicie i przepisowo nieuświadomioną jest Kasjusz Warrington. 
Ślizgon był jednym z tych, którzy nigdy się nie odzywali. Nie znęcał się nad innymi jak banda Dracona Malfoya, bo miał ich po prostu w nosie. Większość swojego życia spędzał w bibliotece. W gruncie rzeczy bardzo przypominał Harry'emu Hermionę. Odkąd Kasjusz został wybrany na reprezentanta, Ślizgon coraz częściej opuszczał posiłki. Zaszywał się w książkach i starał nauczyć jak największej ilości zaklęć ofensywnych. Gryfon nie mógł zatem pozostać obojętnym w obliczu tak nierównego rozłożenia sił – zwłaszcza, że Warrington chyba do końca nie wierzył, że naprawdę mógłby wygrać Turniej. Harry, czując się nieco wmieszany w całą aferę, postanowił, że przynajmniej zachowa się uczciwie.
Kasjusz zwykle przesiadywał za regałami z książkami pod „X“ i „Y“, do których nikt nigdy nie zaglądał. Zaszywał się tam ze swoją aktualną lekturą i nie zwracał na nikogo uwagi. No, chyba, że ktoś chciał od niego kupić notatki.
– Czego chcesz? – burknął znad opasłego tomiszcza, oprawionego w skórę wyglądem podejrzanie przypominającą ludzką.
Harry rozejrzał się niepewnie i odchrząknął. Kasjusz westchnął ze zniecierpliwieniem i zatrzasnął książkę gwałtownie. Pani Pince syknęła zza swojego stanowiska, niezwykle poirytowana takim traktowaniem jej cennych woluminów. W mniemaniu pani Pince, ludzie tacy jak Warrington psuli urok jej pracy. Idealna biblioteka to taka, gdzie nie ma dzieci albo ludzi w ogóle, gdzie mogła w spokoju czytać mugolskie romanse i wyobrażać sobie siebie na balu u pana Darcy’ego. W mniemaniu Kasjusza, ludzie tacy jak Irma Pince psuli cały urok miejsca jakim była biblioteka.
– Pytałem czego chcesz, Potter. Głuchy jesteś? Jeśli chcesz skopiować notatki z transmutacji, to radzę ci się zdecydować szybko, bo ceny poszły w górę.
– Co? Po co mi twoje notatki?
– No nie wiem, żeby zdać egzaminy? – ironizował. 
– Nie chcę żadnych notatek, daj mi spokój! Muszę z tobą pogadać.
– Jesteś pewien? – Ślizgon nie wydawał się specjalnie przekonany. – Widziałem kiedyś twoje próby rzucania zaklęć, powinieneś nad nimi popracować – dodał zarozumiale. 
Harry natychmiast wycofał się z pomysłu, jakoby ten wredny typek w ogóle mógł przypominać Hermionę. Był takim samym dupkiem jak reszta Slytherinu. Niemniej jednak, należało być sprawiedliwym. Wziął głęboki wdech i pokręcił głową. 
– Pierwszym zadaniem są smoki – powiedział przyciszonym głosem. Kasjusz zmrużył oczy i wstał z miejsca.
– Co? Co ty pleciesz, Potter? 
– Nic nie plotę. Muszę już iść.
Nim się odwrócił, Kasjusz złapał go za ramię i usadził na fotelu, w którym sam przedtem siedział. Harry poczuł się nieco nieswojo.
– Skąd to wiesz? Chcesz mnie wkręcić, o to ci chodzi? Zapomnij!
– Nieważne skąd wiem! – Harry powoli zaczął się irytować i próbował wstać, ale Warrington mu nie pozwolił. – Będziemy musieli walczyć ze smokiem! – Starał się mówić cierpliwie, jak do dziecka.
– Kłamiesz.
– Nie kłamię!
– Ta? To po co miałbyś się ze mną dzielić tą wspaniałą nowiną i tracić przewagę w Turnieju?
– Bo wiedzą wszyscy oprócz ciebie, dobra? – Brwi Ślizgona podjechały do góry. –  Fleur i Krum już wiedzą i ja też się dowiedziałem, nie pytaj jak. W każdym razie… No, teraz ty też, więc wszyscy mamy równe szanse.
Kasjusz rozważał chwilę jego słowa, a potem pokiwał głową, zapadł się w wysiedziany fotel i wrócił do swojej książki, ignorując Pottera kompletnie i uznając rozmowę za zakończoną. Gryfon sapnął z niedowierzaniem i obrócił się na pięcie
– Dzięki – usłyszał jeszcze Harry, gdy doszedł do regału pod literą „W“, ale zaraz potem uznał, że musiał się chyba przesłyszeć.

***

Jak wiadomo, Ślizgoni należą do szczególnej podgrupy osób, z którymi zaczynać nie należy – chyba, że jest się drugim Ślizgonem. Niektórzy biorą sobie nauki Domu Salazara bardzo do serca, inni mniej, ale jedno jest pewne: przynależność do Slytherinu zobowiązuje do końca życia. Severus Snape na ten przykład był idealnym egzemplarzem niezdecydowanego Ślizgona po latach: niby nie czystokrwisty, ale jednak Śmierciożerca – choć z wyrokiem w zawieszeniu. Do tego stronniczy pedagog, fatalny nauczyciel i osoba wzbudzająca powszechną niechęć, a przy tym przecież umysł tak bezsprzecznie logiczny i poukładany, że wydawać by się mogło, że nie ma w nim miejsca na irracjonalne roztrząsania. Niestety, postać mistrza eliksirów, szanowana jedynie w kręgach profesjonalistów, z którymi prowadził anonimowe rozważania na łamach naukowego miesięcznika „Alchemia po dyplomie“, była kompletnie niekonsekwentna. Opiekun Slytherinu miał jednak wrażenie, że ta z dawna wyczekiwana zemsta właśnie nadeszła i opłacało się być przez te wszystkie lata cierpliwym.
– Do licha ciężkiego, Sm-Snape, opanuj się – to było wieki temu! – Syriusz krążył po mrocznym gabinecie. – Zapłacę ile zechcesz!
– Black. – Severus opierał się o zimną, kamienną ścianę i stał z rękami założonymi na piersi, uśmiechając się sardonicznie. – Musisz zrozumieć, że to nie kwestia pieniędzy, ty durna psia pało. 
– Snape, ja cię ostrzegam!
– No, no, Black – zacmokał. – Tylko spokojnie, bez scen, bo ci zaraz cofną uniewinnienie.
– Bardzo śmiesznie, ty nietoperzy skurwysynie. Dobrze wiesz, że dla ciebie ta mikstura to kwestia paru minut!
– Oczywiście. – Severus skinął głową.
– Więc to zrobisz?
– Nie.
– Agh!
– Black. – Wąskie wargi mistrza eliksirów wykrzywił triumfalny uśmieszek. – Radziłbym ci nie robić scen, nie jestem tak cierpliwy jak Dumbledore. 
– Zamknij się! Należało mu się. Dobrze wiem, że ktoś tu maczał palce we wmieszaniu Harry’ego w tę aferę. Chłopak w ogóle nie powinien startować w Turnieju!
– Nie moja to wina, że Potter jest nadętą kopią swojego nadętego ojca.
– Uważaj na słowa, Sm-…! – Syriusz w porę się zmiarkował, że w końcu chce przecież coś od tego nietoperzowatego skurwiela wyciągnąć. – Snape.
– Ach tak? Bo co? – Wyżej wymieniony skurwiel wyprostował się z godnością, górując nad Blackiem te kilka centymetrów, które dodawały mu osobistej satysfakcji. –  Staniesz ze mną do pojedynku?
– I wygram!
– Chciałbym to zobaczyć. Ale jakoś wątpię.
– Snape, naprawdę ci zapłacę, dam ci co zechcesz!
Severus z satysfakcją obserwował, jak jego dawny szkolny wróg wije się niczym piskorz.
– Nic od ciebie nie chcę. Za to ty, Black… – Uśmiechnął się z pogardą i znów zacmokał. – Mikstura Wiecznej Impotencji, czyżbyś spłodził o jednego nieślubnego bachora za dużo?
– To nie dla mnie, ty porąbany-…! – Jednakowoż Syriusz znów przypomniał sobie, że choćby bardzo, ale to bardzo nie chciał, to jednak potrzebuje pomocy Snape’a, a przynajmniej jego fachowej wiedzy i umiejętności, a zatem rzucenie na niego klątwy mogło mu specjalnie w tym wszystkim nie pomóc. Uśmiechnął się wyjątkowo niezgrabnie. – Snape. Słuchaj, stary…
– Nie jestem twoim koleżką, Black – wycedził ze zniecierpliwieniem. – A teraz spadaj stąd wreszcie, prędzej piekło zamarznie zanim ja ci pomogę.
– Taaak, wiedziałbyś coś o tym, co? – warknął Syriusz, zdjął swój płaszcz z oparcia krzesła i ruszył do wyjścia.
– Słucham?
– Nic, nic!
– I zamknij za sobą drzwi.
Syriusz, rzecz jasna, zostawił je otwarte na oścież. 

***

Gdy minął grudzień, nowy rok i na horyzoncie jawiło się już drugie zadanie Turnieju, spośród wszystkich osób w zamku to właśnie Severusowi powoli puszczały nerwy – choć bynajmniej nie z jakiś bardziej popularnych powodów. Ktoś zdecydowanie szperał w jego prywatnym składziku, a jakby tego było mało, to grzebał też w jego pracowni i w związku z tym zdecydowanie za to oberwie, kimkolwiek by nie był. Osobiście podejrzewał Pottera, dlatego teraz zakradł się na siódme piętro, chcąc chłopaka przyłapać na gorącym uczynku i wymykaniu się z wieży Gryffindoru po nocach.
– Co się tu tak wałęsasz? – Bran zaskoczyła go na schodach, na co Snape  w odruchu bezwarunkowym prawie strzelił w nią klątwą. Oparł się o kamienną poręcz, mierząc ją spojrzeniem umiarkowanego poirytowania. Na więcej zwyczajnie nie miał energii. Diablica potrafiła się zakraść na tych swoich małych nogach, niech ją hipogryf podepcze.
– Jak smród za wojskiem.
– Co?!
– Takie mugolskie powiedzenie. Co tu robisz?
– Pytanie brzmi raczej co ty tu robisz, Owens?
Już miała odpowiedzieć, ale w tym momencie magiczne schody przesunęły się razem z nimi i zawisły niezdecydowane pomiędzy piętrami. 
– No świetnie – warknął pod nosem, patrząc na nauczycielkę latania i dając jasno do zrozumienia, że to zwyczajnie musiała być jej wina, bo jak nie jak tak.
Tymczasem z końca różdżki Branwen wystrzeliło w powietrze kilka małych, niebieskich płomyków, które rozpierzchły się nad ich głowami. Któryś z portretów przy wejściu na piąte piętro zachrapał niczym zepsuty traktor, a Snape wbił w Bran spojrzenie szczytu irytacji.
– Co tu robisz?
Ja mam dyżur. Ty szpiegujesz Pottera.
– Co?! Nic podobnego! – Ale, zauważywszy jej drwiący uśmieszek, wymamrotał pod nosem jakieś przekleństwo i wzruszył ramionami.
– Dzieciak dobiera mi się do składziku. Zniknęły mi skrzydła much siatkoskrzydłych i skórka boomslanga. Jak nic to gdzieś sprzedaje, złodziejski gnojek, bo o warzenie gdzieś eliksiru wielosokowego go nie podejrzewam.
Bran rozważała chwilę jego słowa, a potem pokiwała głową. 
– Tak myślałam.
Spojrzał na nią pytająco.
– Nie, nie. Nie wkręcisz mnie w swoją paranoję, nie o to mi chodzi. Wydaje mi się, że ktoś niepowołany kręci się po zamku, Snape.
– Co ty znowu bredzisz?
– Muszę z tobą porozmawiać, słuchaj! – Rozejrzała się i zbliżyła do niego na odległość bardziej niż mniej naruszającą jego prywatność. 
– Musisz? – upewnił się z niechęcią, ale się nie odsunął.
– Moody. Coś jest z nim nie tak.
– Sugerujesz, że coś poza tym, że za mną łazi i nawija o zadawnionych sprawach i niespłaconych długach? – Poprawił odruchowo rękawy czarnej szaty i wyprostował się z godnością. Nadal trochę jej nie wierzył, ale z drugiej strony… Czemu miałaby kłamać? Postukał dłonią w poręcz kamiennych schodów, ale te ani drgnęły.
– Daj spokój, nie podpuszczam cię, Snape.
– Nic takiego nie powiedziałem.
– Ale pomyślałeś.
– Widocznie się nie wyspałaś. 
– Nie, poważnie. Dzięki tobie przynajmniej w tym roku spędziłam z kimś święta. Wprawdzie nie wiem czemu Pikestone musiał tam być, ale…
– To może być dla ciebie szokiem, ale w ogóle mnie to nie interesuje.
– W każdym razie! – Machnęła ręką. – Moody. Jest dziwaczny. Nie w sensie Straszny-Auror-Powiewający-Peleryną-Niczym-Bawełniane-Monstrum, ale…
– Co? – Tę uwagę akurat wziął nieco osobiście. 
– Mówię tylko, Snape, że im bliżej trzeciego zadania, tym bardziej dziwaczeje. Przestał wlepiać Ślizgonom szlabany i wałęsa się po lochach.
Wałęsa się po lochach? To mogło oznaczać… Owszem, byłby na tyle bezczelny, by przeszukiwać jego prywatne rzeczy, w końcu to auror, a poza tym: czy naprawdę myślał, że te wszystkie zaklęcia zabezpieczające byłby w stanie sforsować czternastolatek? Przecież Potter to łamaga. Tak, należało to zbadać.
– Owens. Czy nie miałaś przypadkiem iść patrolować korytarzy? – zapytał swoim najlepszym tonem wyrażającym absolutną konieczność odseparowania się od rozmówcy w trybie pilnym, pod groźbą plucia jadem.
– Powiedział, że dziś „pierze żabami“ – palnęła irytująca wiedźma, patrząc na Snape’a wyzywająco. – Poza tym schody nadal się nie ruszają. Jakbyś nie zauważył. 
– Słucham? – Nachylił się do niej, starając zdeprymować ją swoim wzrostem, ale ona była nieugięta.
Nad ich głowami wciąż latały wyczarowane przez nią niebieskie płomyki, które nadawały jego skórze dziwną poświatę. Zastanawiała się, czy on w ogóle przebywa na dworze o ile nie występuje ku temu wyższa konieczność – na przykład ewakuacja przeciwpożarowa.
– Moody! – Zamachała rękami. – Że „pierze żabami“!
– A co to niby znaczy? – skrzywił się. – I dla twojego dobra, ty walijska abominacjo, niech to lepiej nie będzie żaden regionalizm.
– Jesteś naprawdę słodki – wycedziła. – I nie. To znaczy, że leje jakby miało nie przestać. 
– Nie słyszałem, żeby ktokolwiek mówił w ten sposób – uznał z wyższością czystokrwistego Anglika.
– Oczywiście, że nie! I ja też! Nie słyszałam, żeby ktokolwiek tak mówił poza…
– Poza? – zapytał usłużnie, uśmiechając się kpiąco, co ona zignorowała.
– Mój kolega – sapnęła. – Bardzo dawno temu.
– Kto? – Podszedł jeszcze bliżej, przechodząc na specjalny ton straszliwego profesora, który miał na celu zmuszenie do wyciągnięcia tej ściągi spod ławki i zgłoszenie się do dyrektora.
– Barty Crouch – wymamrotała cicho.
– Chyba zwariowałaś! – Machnął ręką, rozpraszając błękitne płomyki, które coraz bardziej przygasały.
– A ja ci mówię! – zaperzyła się.
– Chcesz mi powiedzieć, że posądzasz Dumbledore’a o zatrudnienie nieboszczyka na stanowisko profesora? Nie ukrywam Owens, że byłaby to oszczędność na czasie, biorąc pod uwagę fakt, że posada i tak jest podobno przeklęta.
– Nie zgrywaj już takiej świętej Marii zawsze dziewicy, większość myśli, że przekląłeś to stanowisko osobiście.
– Uroczo – wycedził.
– I nie mówię, że to Barty, nie bądź kretynem. Ja ci po prostu mówię, że Moody ostatnio zachowuje się dziwnie i już któryś raz widziałam…
– Kobieto, czy ty sięgnęłaś w swoim życiu po jakąkolwiek książkę poza podstawą programową?
– Słucham? – Cofnęła się na stopień wyżej, by choć trochę zrównać się z nim wzrostem, co nieco go rozbawiło. – A co to ma do rzeczy? A czy ty umiesz latać na miotle?
– Nie mówimy o mnie.
– Więc nie umiesz!
– Zamknij się.
Branwen zmierzyła Snape’a surowym spojrzeniem i parsknęła śmiechem, w którym jednak nie było już ani trochę drwiny.
– Powinieneś być bibliotekarzem. Czemu nie zostałeś bibliotekarzem, Snape? Przecież najbardziej w świecie lubisz wielkie księgi i mówić ludziom, by zamknęli gęby.
Uśmiechnął się krzywo, co zaraz też starał się zatuszować, ale było za późno. Zauważyła. Potem spojrzał na nią w sposób wielce niepokojący, a uśmieszek jeszcze się powiększył. Bran założyła ręce na piersi i pokręciła stanowczo głową.
– Nie. Nie ma mowy.
– Już za późno.
– Niby czemu?
– Dobrze wiesz, że teraz jesteś ciekawa. 
– Nie. 
– Ani trochę nie chcesz wiedzieć skąd wiem? – Drażnił się z nią i wszedł wyżej, stając na tym samym stopniu co ona.
– Co niby wiesz?
– Że Moody na pewno jest tym, za kogo się podaje.
– Jeśli myślisz, że zaciągniesz mnie o tej porze do biblioteki-…
– Oczywiście, że mam zamiar zaciągnąć cię do biblioteki! Osobiście uważam też, że powinni ci cofnąć dyplom.
– Bardzo śmieszne.
– Wręcz przeciwnie.
– W twoim planie tkwi jeden szkopuł: nadal jesteśmy na schodach. – Poczuła jak burczy jej w brzuchu. – I jestem głodna.
– Ty zawsze jesteś głodna.
– Prawie zawsze. Jak się denerwuję, to nie mogę jeść.
Severus Snape nigdy by nie przypuszczał, że dozna olśnienia w obecności i z powodu Branwen, ale w tym momencie był bliski nawet jej podziękować. Jak mógł tego wcześniej nie zauważyć? Myślał, że to wszystko było związane z Turniejem, ale przecież wcale nie!
– Snape? – Podeszła do niego bliżej, a on schwycił ją mocno za ramiona.
– Kasjusz Warrington opuszcza posiłki już od września – oznajmił stanowczo, myślami będąc całe mile od Hogwartu. Prawie widziała jak trybiki w jego głowie poruszają się z zawrotną szybkością.
– Ach tak. Biedne dziecko.
– Nie rozumiesz! – W tym momencie schody postanowiły znowu ruszyć. Snape wbiegł na piętro, zostawiając Bran daleko w tyle. Nawet nie próbowała go gonić. 
Severus wpadł do swoich kwater, otworzył szafę i z dna kufra wygrzebał letnie wydanie „Proroka Codziennego“. Mroczny Znak straszył z okładki, ale akurat nie tego szukał. Czy to możliwe, żeby ten wariat Karkarow miał rację? Przerzucił szybko kartki gazety, aż trafił na nekrologi. I był tam. Właśnie ten, którego szukał:

„W głębokiej żałobie żegnamy ukochaną żonę i matkę, Zeldę Warrington. 
Pogrążeni w smutku i bólu, 
Rodzina“

Wiedział, że coś przegapił. Jak mógł! Z tego co wiedział, tylko matka chłopaka była mugolką, więc w takim razie gdzie ojciec? Czemu nie widział go tu podczas Turnieju?

***

– Wszystko gotowe, mój Panie.
– Doskonale. A kocioł? 
– Tak, Panie. Wszystko przygotowane.
– Puchar?
– Tak, mój Panie.
– Świetnie. Jeszcze jedno, sługo.
– Mój Panie?
– Nagini się skarży, że Zelda była zbyt żylasta. Nie karmiłeś tej swojej mugolki, Warrington?




6 komentarzy:

  1. Bill bez Taffy'ego jest jak Sherlock bez Watsona. Awansowali na pierwsze miejsce w kategorii parringów ważnych, no może zajmują je razem z Branwen i Snape'em. Powinnaś ich spotkać czy coś, bo Taffy jest bardzo sweterkowo-szaliczkowy, jeśli wiesz o co mi chodzi, nawet jeśli nie ma zimy, a w każda taka postać jest fajna. No tęsknię za Taffym, po prostu. A tak w ogóle to jak oni się nazywają jak są razem? Bo nie mam pomysłu a takie nazwy partingów od autorek zawsze wychodzą najlepiej.

    Warringtona lubię, chociaż chyba nie powinnam, ale jest fajny. Serio taki opryskliwy i niewdzięczny ale chociaż w inny sposób niz Snape to jednak ma coś takiego że trzeba go lubić. Chyba chodzi o to że wyrównuje słodycz Taffy'ego tylko że jak on nie występuje to Warrington przeważa na część tych negatywnych Ślizgońskich bohaterów więc mam argument żeby cię przekonać że trzeba tutaj dać więcej Taffy'ego szaliczków i jakichś przyjemnych cukierków bliźniaków Weasley.

    Nie wiem czy już kiedyś mówiłam jak bardzo lubię Branwen więc powiem to teraz: bardzo lubię Branwen. Jest miłą postacią, taką co idziesz i polubiasz z miejsca choćby za to, że oddycha. Bardzo ci się udała ale dalej nie mogę sobie jej wyobrazić bez jednej ręki i ciągle muszę poprawiać myśli przy czytaniu.

    A rozmowy na schodach bardzo fajne. W sumie tak jakoś skazani na siebie Snape i Owens to najbardziej prawdopodobni Snape i Owens, ale oboje sprawiają wrażenie nieświadomych tego, że się zbliżyli do siebie mocno od pierwszego spotkania. Boru zielony Snape'owi to się nawet nie dziwię bo on musi być przecież kompletnie zielony w takich rzeczach ale Bran to by się mogła ogarnąć. Nie mówię o love story tylko tak ogólnie coś w rodzaju rozmowy Bożonarodzeniowej. Jeju, oni ciągle rozmawiają. Intelektualiści się znaleźli.

    Ok jeszcze tylko dodam że jeśli zbliżamy się do końca to on będzie w wielkim stylu bo wcale nie jest tak jak w wielu fanfikach że im dalej tym słabiej tylko tylko trzymasz poziom.
    No i przepraszam za brak przecinków i niewątpliwie powtórzenia bo już nie mam siły się stosować do zasad interpuncji, ja nie wiem jak ty żyjesz, studiujesz i jeszcze piszesz. Beta też musi być super.
    Pozdrawiam i życzę weny.
    P.S. I oczekuję całej reszty parringów z poprzednich rozdziałów oraz wyjaśnienia co za eliksir chciał Syriusz. Bo te parringi to jest ta sweterkowa część wyrównująca złą część i Warringtona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha i jeśli pomyliłam imiona to przebacz ja wiem o kim myślę ale naprawdę jestem wykończona i nie mam siły na zastanawianie się nad tym jak kto się nazywa

      Usuń
    2. Och! To jedyne, co mogę powiedzieć na ten komentarz – WIELBIĘ CIĘ! A Syriusz bardzo chciał, ale nie umiał wyprosić Mikstury Wiecznej Impotencji :P Jest tam wyżej. Tak się cieszę, że trzymam poziom, bo zawsze im dalej, tym bardziej jestem krytyczna wobec siebie. Właśnie zastanawiałam sie, czy zrobić to dalej, ale w Siostrach pokryłam 5, 6 i 7 tom w sumie fanfikiem i boję się, że będę się powtarzać. Na pewno żadnego wątku nie zgubię i będzie Taffy! :) I szaliczek. I tak się cieszę, że lubisz Bran, ale muszę cię zmartwić: oni jeszcze troszkę, troszkę będą intelektualistami, bo na tym ten pairing się opiera. Snape'a się nie dotyka. Bo ucieknie. A potem cię otruje ;) Ale w każdym razie słuszna uwaga! Nowa część jak zwykle.. Wkrótce! :P
      Ściskam mocno,
      O.

      Usuń
  2. Ach, no ja niestety już ci takiego pięknego komentarza nie spłodzę, ale ty wiesz, co wiedzieć musisz i wiesz co wiem i ja wiem co ty wiesz, wiec obie wiemy o co chodzi. Syriusz jest jak moja matka, muszę to powtórzyć. Z tym upartym i celowym i złośliwym niezamykaniem za sobą drzwi. Severus pewnie miał deja vu. Aczkolwiek pomysł z impotencją mnie zaskoczył, tutaj masz punkt za coś, na co nie wpadłam. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale jak to do finału? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że to już koniec :O ;<
    Syriusz i eliksir na impotencje :D padłam ze śmiechu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już niedługo rozdział finałowy i wieeelki epilog, podzielony na 2 części no i cóż, to koniec :) Nie jestem zwolenniczką tasiemcowych opowiadań, to znaczy mi to osobiście nie wychodzi i gubię wątki i akcję po drodze, więc wolę kompaktowe formy.

      Usuń